Strona Główna ˇ Forum ˇ Zdjęcia ˇ Teksty ˇ Szukaj na stronieCzwartek, Czerwiec 20, 2019
Nawigacja
Portal
  Strona Główna
  Forum
  Wszystkie teksty
  Mapa serwisu

Ilustracje
  Galeria zdjęć
  Album
  Stare mapy
  Stare pieczęcie

Teksty
  Historia
  Przodkowie
  Czasy Pawlikowskich
  Czasy przedwojenne
  II wojna światowa
  Po wojnie
  Zasłużeni Milnianie
  Adolf Głowacki:
Milno - Gontowa
  Ze starych gazet

Plany zagród
  Mapka okolic Milna
  Milno - Bukowina
  Milno - Kamionka
  Milnianie alfabetycznie
  Gontowa
  Gontowianie alfabetycznie

Literatura
  papierowa
  z internetu

Linki
  Strony o Kresach
  Przydatne miejsca
  Biblioteki cyfrowe

Konktakt
  Kontakt z autorami

Na stronie
Milno na Podolu
Najnowszy użytkownik:
Aneta
serdecznie witamy.

Zarejestrowanych Użytkowników: 144
Nieaktywowany Użytkownik: 1

Użytkownicy Online:

Aneta05:29:32
MarianSz 1 dzień
Kazimierz 2 dni
zenekt 1 tydzień
Adolf 1 tydzień
zalz 3 tygodni
maria 4 tygodni
artdeco926 5 tygodni
maciejm 5 tygodni
ikrapiec 6 tygodni

Gości Online: 15

Twój numer IP to: 54.209.227.199

Artykuły 330
Foto Albumy 63
Zdjęcia w Albumach 1861
Wątki na Forum 40
Posty na Forum 111
Komentarzy 532
Logowanie
Nazwa Użytkownika

Hasło

Zapamiętaj mnie



Rejestracja
Zapomniane hasło?
Zagłosuj na nas

KRESY

cz.05. WDZIĘCZNOŚĆ ZA ODSIECZ WIEDEŃSKĄ
Adolf Głowacki:
"NIEZWYKŁE CZASY, LUDZIE I ZDARZENIA..." Szczecin 2013



5. WDZIĘCZNOŚĆ ZA ODSIECZ WIEDEŃSKĄ


Pokój zawarty z Turkami i Tatarami, niestety nie trwał długo. W 1772 roku Rosja, Austria i Prusy, dokonują pierwszego rozbioru Polski, w 1793 drugiego, a w 1795 trzeciego. Polska na 122 lata została wymazana z mapy Europy. Mimo znacznej jeszcze potęgi, nie mogła się oprzeć trzem otaczającym ją zaborcom. Podole już w pierwszym rozbiorze, na 146 lat popada w niewolę austriacką. Austriacy okrutnie odwdzięczyli się nam za Odsiecz Wiedeńską króla Jana III Sobieskiego i uratowanie ich od zalewu muzułmańskiego.
Milno położone dawniej w głębi kraju, raptem znalazło się przy kordonie granicznym. Wkrótce okazało się, że dawało to wymierne korzyści. W Rosji tania była żywność, w Austrii zaś artykuły przemysłowe. Rozwinęła się, więc szybko wymiana handlowa, która przynosiła mieszkańcom dość spore profity. Szczególnie dochodowy był przemyt. Interes szybko zwietrzyli Żydzi. Ludność Milna w 1885 roku liczyła 2300 mieszkańców: 1066 Polaków, 1056 Rusinów i 178 Żydów. Tak dużej ilości Izraelitów, nie było w żadnej innej podolskiej wiosce.
W 1781 roku w Wiśniowcu bawił ostatni król polski, Stanisław August Poniatowski. Orszak królewski w drodze do Załoziec, przejeżdżał przez Gontowę i Milno. Dla mieszkańców było to kolejne niebywałe wydarzenie. Mogli podziwiać wspaniałe karoce z królem, jego dworem i bogatą asystą.
W 1760 roku, Rusini wybudowali na Podliskach drewnianą unicką cerkiew. Ponieważ świątynia podlegała Papieżowi, uczęszczali tam również Polacy, a niektórzy brali śluby i chrzcili dzieci. Pop po wciągnięciu ich do swoich ksiąg, traktował to jako przejście na obrządek greckokatolicki. Zaczął, więc topnieć polski stan posiadania. Tam nie było dwuznaczności: człowiek wyznania greckokatolickiego był Rusinem, a rzymskokatolickiego Polakiem. Sytuację mogła uratować budowa kościoła.
W latach 1869-1871 z fundacji Sebastiana Krąpca, na działce kościelnej w Bukowinie, wybudowana została kaplica. Świątynia miała wymiary około 9 na 13 metrów. Pierwotne sytuowanie jej według przekazu ustnego przy gościńcu za Sirantową Pasieką, z uwagi na to, że to miejsce nazywano przy kapliczce, okazało się błędne. Skorygowały to odnalezione plany geodezyjne wioski z późniejszego okresu. Tam była tylko mała kapliczka przydrożna z figurką. Ksiądz o inicjałach M.S., wikariusz załoziecki, w liście do Zwiastuna Górnośląskiego (1870) pisze, że Polacy z Milna, ze względu na ponad milową odległość do Załoziec, chodzą do cerkwi i prawie nie znają swojego obrządku, ale znalazł się człowiek, który postanowił zapobiec złemu i własnym kosztem wznieść kaplicę.

Człowiek nieumiejący pisać ni czytać, przy swym ojcu trudniącym się gojeniem ran i składaniem zwichniętych i złamanych kości, takiej nabrał wprawy i biegłości, że poszukiwany jest na wszystkie strony o kilkadziesiąt mil. Raz wezwano go do Kijowa, co leży nad Dunajem o 60 mil stąd, aby tam kurował jakiegoś połamanego moskiewskiego generała, któremu uczeni lekarze poradzić nie umieli i udało się szczęśliwie.
Przed kilku laty syn hrabiego Gołuchowskiego, co był namiestnikiem cesarskim w Galicji, złamał rękę. Najsławniejsi doktorzy ze Lwowa i Wiednia zestawili kostki i owinęli, ręka się zrosła, ale była krzywa. Stroskany ojciec wzywa Krompca. Krompiec przbywszy obmacał rękę, złożył po swojemu i powiedział, że będzie dobrze. Ależ – rzecze niespokojny ojciec – lekarze mówili, że krzywą rękę trzeba złamać i na nowo zestawić, aby się można spodziewać pomyślnego skutku. Ja właśnie tak zrobiłem, odpowiedział spokojnie włościanin. Po pewnym czasie ręka była całkiem zdrowa i prosta. Lekarze przyznali wyższość prostemu włościaninowi, a hrabia sowicie go obdarzył, uściskał, zapewnił swą przyjaźń i odesłał do domu. Ten to Krompiec nie targując się z nikim o nagrodę, zebrał spory grosik. Przykupił pola, wystawił piękne budynki, ogrodził sady, wyposażył dzieci, dopomógł nie jednemu z krewnych, a gdy kieszeń nie była jeszcze pusta, postanowił we wsi rodzinnej wystawić kaplicę piękną i trwałą. Pozyskawszy zezwolenie konsystorza, założył w roku ubiegłym fundamenta pod budynek 45 stóp długi, 30 szeroki, a teraz ma go już prawie na ukończeniu. Fundamenta i ściany do wysokości pięciu łokci są z ciosowego kamienia, dalsze ściany i sklepienia z palonej cegły. Murłaty i belki dębowe, a wiązarek i krokwie lipowe dla lekkości, dach blaszany, nad nim piękna sygnaturka, na wyniesionym frontonie dzwonniczka.
Wewnątrz ma być piękny ołtarz, ławki, konfesjonał itp. Wszystko z dębiny, a posadzka z marmuru trembowelskiego, jakie jeno w bogatych świątyniach widzieć się daje.


Nieznany autor ukraiński, w artykule „Kostopraw z Milna” pisze o nim:

Umiłowana córka rosyjskiego cara spadła z konia i złamała nogę. Specjaliści z Imperium okazali się bezradni. Oficer służący wcześniej w Oleksińcu, wspomiał carowi o głośnym samouku z Milna. Na prośbę cara, Krąpiec z pomocnikiem Kaspruniem, udał się do Petersburga. Tam kazał nagotować dużo kaszy, obłożył nią nogę, rozmiękczył opuchniete mięśnie, zruszył zrastające się kości i poukładał je prawidłowo. Po dwóch miesiącach carówna przy nim wsiadła na konia. Na odchodne car zapytał z ilu osób składa się jego rodzina i na każdego dał sztukę złota.

5 kwietnia 1871 roku, w uroczystości poświęcenia kaplicy, uczestniczyło duchowieństwo obydwóch wyznań, liczni zaproszeni goście na czele z ziemianką p. Czosnowską oraz miejscowa i okoliczna ludność. W przyjęciu uczestniczyło ponad 200 osób. Dziennik Polski we Lwowie napisał: „Krąpiec w przystrojonej kilimkami stodole, przyjmował gości jak drugi Piast. Przy tej sposobności nie obeszło się bez toastów, biorących temat z tej wzniosłej sceny, która łączyła w jedno grono siermięgi, płótniaki, czamary i sutanny”.
Kaplicę obsługiwali księża załozieccy. Choć nabożeństwa odprawiano nie regularnie, polska społeczność uniezależniła się od cerkwi.

W 1848 roku ludność wiejska przeżyła epokowe wydarzenie: zniesione zostało poddaństwo i włościan uwłaszczono. Skończyło się wielowiekowe niewolnictwo. Chłopi otrzymali po około 10 morgów ziemi na trzydziestoletnią spłatę. Właścicielem Milna był wówczas Józef Pawlikowski z Medyki, ożeniony z Henryką Dzieduszycką, córką Wawrzyńca, adiutanta Tadeusza Kościuszki. Mieszkali w Medyce i we Lwowie. Dobra mileńskie wydzierżawiali. Józef z Ossolińskim, porządkował bibliotekę lwowską, słynne później Ossolineum.
Z 2160 morgów ziemi ornej, Pawlokowscy zatrzymali 549, część łąk i pastwisk oraz 1524 morgów lasu. Własność chłopska wzrosła do 3049m gruntów, 270 łąk, 100 pastwisk i 8 lasów. Dla uczczenia tego wydarzenia, odbyły się podniosłe uroczystości świeckie i kościelne. Ludność dla trwałego upamiętnienia tego przełomowego roku i w podzięce Bogu, ufundowała figury pamiątkowe. Jedna z nich – jak słyszałem - stoi do dziś na Krasowiczynie lub Podlistach.
Po śmierci Józefa w 1852 roku, dobra przejął syn Mieczysław. Urodził się w 1834 roku we Lwowie i tam ukończył prawo. Był jednym z organizatorów Powstania Styczniowego w 1863 roku. W Milnie miał bazę wypadową za kordon. Podczas jednej z wypraw został aresztowany i za przemyt ludzi oraz broni przez granicę, skazany na 3 lata więzienia. Karę odsiedział w Ołomuńcu. Z tego można wnioskować, że wielu mieszkańców wioski, też brało udział w powstaniu.
W Milnie pola za Zakrzewską, długo nazywano za Podhaniukiem, bo do I Wojny Światowej mieszkał tam jakiś Podhaniuk. Wyjaśniła to Grażyna Kalwas z Puszczykowa. Naprawdę nazywał się Jan Kliniecki – szlachcic i właściciel ziemski z Wołynia. Jego majątek został skonfiskowany. On musiał się salwować ucieczką. Prawdopodobnie współpracował z Mieczysławem Pawlikowskim i po upadku powstania skrył się tutaj pod przybranym nazwiskiem, a rodzina Pawlikowskich wydzieliła mu działkę, by mógł przetrwać trudne czasy. Po wojnie już się nie pojawił w Milnie. Wrócił na swoje wołyńskie dobra.
Przyrost ludności Galicji był imponujący. W 1817 roku liczyła 3,5 miliona, w 1850 cztery i pół, w 1880 sześć, a w1910 ponad 8 milionów. W pustym ongiś kraju zrobiło się ciasno. Był to bardzo niekorzystny proces, bo brakowało przemysłu, który by odciągnął nadmiar ludzi ze wsi. Gospodarstwa dla młodych, tworzono przez podział rodowych. Wieś się rozrastała, ale działki malały. W tej sytuacji wielu młodych, a nawet całe rodziny, wyjeżdżało za granicę. Przeważnie do Ameryki. Na pokrycie kosztów podróży sprzedawali ziemię.
Jeden z takich emigrantów mileńskich, rolnik z Santa Catharina w Brazylii, tak opisuje swój wyjazd.

Jestem rodem z Milna, w parafii załozieckiej. Było to w roku 1895 jak ludzie emigrowali do tej Brazylii, tak i ja razem z ludżmi wyjechałem. W domu mojego ojca, były wielkie niedostatki, a nie było gdzie zarobić. Pola miał tylko 7 morgi, a familia duża i matka druga. Było dwóch starszych braci i siostra już pożenione. Coś pięć familii sprzedało swoje pola i zbierajo się iść do Brodów za paszportem. Tak ja mówię do ojca, ja tyż chciałbym pojechać. Chciałbyś jechać a pieniędzy gdzie? Ojciec widzi żem posmutniał i mówi jak poszukam pieniędzy to pojedziesz. Tak ja się ucieszyłem i zaraz z ludźmi poszedłem do Brodów po paszport. Przychodzim pod wieczór, a tam pełny ganek ludzi. Czekajo już po pare dni. Na drugi dzień starosta pyta skąd wy ludzie? Z Milna? Tak jest proszę Pana. Dzisiaj nie dostaniecie paszportów. Może jutro. I z niczym wyszliśmy. Niewiadomo, co począć, a szyfkarty już pokupione za 10 ryńskich. Ja nie potrzebowałem szyfkarty, tylko te, co z familią jechali. Ludzie się popłakali, bo wszystko swoje sprzedali, a za paszportem niema co stać, bo i tak nie dostaniemy. I z tym co poszli wrócili do domu. Potem sąsiad mówi, kiedyśmy nie dostali paszportów, to pojedziemy na Boże wole. Z Boską pomocą zajedziemy.
W niedziele poszedłem jeszcze do kościoła i przystąpiłem do spowiedzi, a w poniedziałek do Pana Naczelnika po świadectwo, że nie jestem złodziejem ani lampartem. Ojciec dał mi 50 koron, bo więcej nie miał. To i to dobre. We wtorek podziękowałem ojcu i poprosiłem o błogosławieństwo. We Środę pojechaliśmy do Zborowa, kupili bilety i wyjechali do Krakowa. Tam przenocowali w gospodzie i o 7mej wyjechali do Wiednia. Tak my jedziem i jedziem, już słońce blisko zachodu i jeszcze nima miasta. Jak zaczął mrok zapadać, kolej zagwizdała i stała. Zaraz konduktor zabrał bilety i mówi to już Wiedeń. Tak my wychodzim na banhof. Tam nas złapali, bo chłopców co nie skończyli 24 lat, zawracali, a było nas 8. Ja miałem już 25 lat. Mnie pierwszego policjant zaprowadził do jakiejś kancelarii. Tam jakiś Pan doktor czy starosta siedział, popatrzył na mnie, wstał, wziął za ręke, sprawdził puls i pyta mnie ty zdrowy? Tak jestem zdrowy. A z kim ty jedziesz? Z nimi, pokazuje na sąsiada, co świeci łysiną i stoi obok z żoną i czterema córkami. Nu dobrze, a skończyłeś klasy? Tak jest mówie. To jedź. Tak ja zaraz wyszedł, a jeden robotnik, co niósł drzewo do palenia mówi do mnie, masz szczęście człowieku, bo tutaj dużo młodych nawracajo.


W tym czasie utarło się powiedzenie, że ludzie wyjeżdżają za granicę za bielszym chlebem. Oznaką zamożności rodziny była nie tylko zabudowa, ładne konie, czy świąteczny ubiór, ale i kolor chleba. Bogatsi uprawiali więcej pszenicy i robili białą mąkę pytlową, z której chleb miał jasny kolor. Biedni bazowali na łatwiejszym w uprawie życie i wydajniejszej razowej mące. Chleb z takiej mąki był ciemny.
Kolega z biedniejszej rodziny opowiadał, jak u Wójtuły w lesie poczęstowano go białymi gotowanymi pierogami. Oczami bym je zjadł, ale odmówiłem tłumacząc, że nie jestem głodny. Babcia Anna Głowacka z kolei wspominała, jak to u jej sąsiadów gdzie często bywała, kluski i pierogi z ciemnej mąki, migiem znikały ze stołu. Wydawało się jej, że mają niebywały smak. W domu prosiła macochę, aby jej takich ugotowała, ale nie miały tak wybornego smaku. Potwierdziła się stara prawda, że głód jest najlepszym kucharzem.
Najwięcej wyjeżdżało z biednych rodzin, lecz nie tylko – wyjeżdżali też z wielodzietnych zamożnych. Takim przykładem jest rodzina mojego ojca, z której wyjechało sześć osób: trzech jego stryjów, dwóch kuzynów i siostra. W tym jeden kuzyn i siostra z rodzinami.
Pradziadek Justyn Głowacki (1842-1909) był zamożnym, liczącym się we wsi gospodarzem. Miał 24 morgi pola, ale i ośmioro dzieci. Na dodatek działkę siedliskową i pole podzielił pomiędzy dwóch najstarszych synów. Tomaszowi, który został z resztą rodzeństwa dał więcej, Janowi trochę mniej. Tomasz musiał obdzielić jeszcze odchodzącą szóstkę młodszych. Zanosiło się na przydział nie większy jak 1,5 morgi. W tej sytuacji na miejscu zostały trzy córki, a Józef, Adam i Maciej wyjechali do Argentyny. Później dołączył do nich jeden syn Jana z rodziną. Jego brat wyjechał do Francji. Józef wcześniej ożenił się z Rozalią Krąpiec, która zmarła przy pierwszym porodzie. Ponoć była bardzo ładna. Po tej tragedii postawił jej piękną figurę Matki Boskiej i wyjechał z dwoma młodszymi braćmi. W rodzinie mówiło się, że wygnał go żal za kochaną kobietą. Ta figura do dziś stoi na cmentarzu.
Justyn wyróżniał się zarówno we wsi jak i w rodzinie. Był zamożny i pełnił funkcję zastępcy wójta. Rządził dość despotycznie, ale efektywnie. Synów trzymał twardą ręką. Jak nie skutkowały upomnienia, do porządku przywoływał pasem. W przystępie złego humoru, nie dociekał kto winien – ciągnął pasem po wszystkich.
Babcia Anna opowiadała, że często wracał późnym wieczorem, gdy wszyscy już spali. Po załatwieniu urzędowych spraw, droga często prowadziła przez karczmę u Herszka. Widocznie niektóre sprawy wymagały oparcia o szynkwas (dziś bufet). Obojętnie jednak, o której godzinie wrócił, po śmierci teściowej, musiała wstać i podać wieczerzę. W trakcie posiłku wypadało nawiązać jakąś rozmowę, ale jak tylko zagadnęła o coś, rugał: „Siedź cicho chcesz dzieci pobudzić?!” Gdy się nie odzywała było jeszcze gorzej. „O, podsunie jedzenie jak psu i nawet się nie odezwie – gardzi starym”. Czasem, gdy pytała, jakie sprawy załatwialiście dzisiaj, dziadek wtrącał z łóżka: A jakie sprawy można załatwiać w karczmie? Rozpętywało się wówczas istne piekło. Cała rodzina stawała na nogi. Babcia zawsze prosiła: Tomek daj spokój, nie wtrącaj się. Jak mam się nie wtrącać? Nic nie robi, pije i jeszcze farynuje.
W gospodarstwie rzeczywiście było huk roboty i każde ręce się liczyły. Codziennie w pole wyruszały dwa zaprzęgi konne. Justyn po wydaniu dyspozycji, brał pałkę i szedł do gminy. Po śmierci Justyna, funkcję zastępcy wójta, powierzono Tomaszowi.
Ciocia Ludwika Zając (1911-1996) też w niecodziennych okolicznościach wydostała się z kraju. Do Francji wyjechał na zarobki jej mąż Paweł i po pewnym czasie zaproponował, aby sprzedała gospodarstwo i przyjechała do niego z córkami. Trochę się obawiała takiego rozwiązania i pojechała poznać tamte warunki. Na początku 1939 roku wróciła, aby to sfinalizować, ale wojna wszystko przekreśliła. Przez całą okupację samotnie borykała się z gospodarstwem i kontyngentami, kryła z córkami przed oprawcami z UPA, a na koniec razem z innymi przeżyła wygnanie. Dopiero w 1948 roku udało jej się załatwić formalności i z Pacholąt wyjechać do męża. Krótko po tym, zapadła żelazna kurtyna i jakikolwiek wyjazd na zachód stał się niemożliwy.
Nie wszyscy wyjeżdżali na stałe, część po paru latach wracała. Budowali nowe domy, powiększali gospodarstwa i na miejscu stwarzali lepsze perspektywy dla rodziny. Przykładem takiej postawy jest Józef Dec i Piotr Majkut z Kamionki, oraz Czwórak, Wójtuła, Jan Majkut, Mikołaj Zaleski i Antoni Zając z Bukowiny.
Bardzo dużo ludzi emigrowało w latach 1898-1914. Tylko do Stanów Zjednoczonych wyjechało ponad 100 osób. Jeżeli do tego dodać emigrantów brazylijskich i argentyńskich, da to pokaźną liczbę. Żonaci mężczyźni wyjeżdżali na zarobki z zamiarem powrotu, natomiast młodzi i rodziny, na ogół na stałe. W sumie emigracja tego okresu, jak i powojenna nie przekraczała 10% ogółu ludności. W tym czasie najwięcej okrętowało w Hamburgu i Bremie. Później w Gdańsku i Gdyni.
Karczmy pełniły nie tylko funkcje jadłodajni i noclegowni – skupiały też życie wiejskie. Tam odbywały się spotkania towarzyskie, zabawy, narady, transakcje handlowe, a nawet sądy. Towarzyszył temu szum i gwar, bo na ogół zgromadzenia te dość suto zaprawiano piwem i gorzałką, która skutecznie wypierała popularne wcześniej miody. A nie brakowało jej, bo obok w majątku była gorzelnia.
Maria Zaleska pisze, że właścicielem mileńskiej karczmy był Żyd Zamojra, natomiast gontowiecką prowadził Szlomko z żoną Ryfką. W Milnie były dwie karczmy: jedna na Huku, druga na końcu Podlisek. Do ustalenia pozostaje w jakim czasie i w której. Tuż przed wojną kamieniecką prowadził Herszko.
Pisze też, że koło mostu na Bukowinę, szynk miał Żyd Polak. Tam można było kupić lub wypić na miejscu wódkę i piwo, o każdej porze dnia i nocy.
Po wojnie wójtem mileńskim był dziadek Marii, Franciszek Baran. Często przychodził do niego pod wieczór Mikołaj Krąpiec, potomek słynnego Sebastiana. Zawsze stawiał to samo pytanie: Franek idziemy do Polaka? Jeżeli obrządek nie był jeszcze skończony, siadał na ławie i czekał. Krąpiec zawsze miał pieniądze, bo nastawiał zwichnięcia i składał złamania.
Maria przytacza również parę przysłów związanych z karczmą.
- Gzie Pan Bóg kościół buduje, tam diabeł karczmę stawia.
- Kto karczmę minie, nogę wywinie.
- Co, karczma to stój, co woda to pój.
Piwo sprzedawał też Sigal Leizer (Wuzer) na Bukowinie.
Po I wojnie ruiny karczmy rozebrano, a cegłę ludzie kupili. Wiktor Botiuk wybudował z niej dom. Miejsce gdzie stała karczma, nazywano karczmisko.
Moja mama opowiadała, że po wojnie w ruinach tej karczmy, odgrywano przedstawienia teatralne.
Maria Zaleska wyszperała kilka ciekawostek z przeszłości wioski.
- Około 1787 roku, Józef Raróg miał oberżę w Bukowinie. Szlachcic Bogusz trzymał
wtedy Milno w dzierżawie.
- We wrześniu 1882 roku, pożar na folwarku mileńskim strawił doszczętnie
kilkanaście stert zboża oraz stodołę z młockarnią i innym sprzętem. Straty
wyniosły 20000 koron. Przyczyną pożaru była nieostrożność.
- W tym też roku już 14 października, żebrak Petro Senica wyszedł z domu
nietrzeźwy i zamarzł w polu podczas śnieżycy.
- Maria Maliszewska w 1912 roku, przyjęła suknię świeckiego Trzeciego Zakonu
św. Franciszka z Asyżu. Ślubowanie złożyła w kościele bernardynów w Zbarażu.
- 15.12.1929 Rozalia Dec przyjęła suknię Trzeciego Zakonu, przyjmując imię Józefa

Historycznym wydarzeniem we wsi, było rozpoczęcie w 1908 roku budowy kościoła. Roboty zakończono podczas wojny w 1915. Użytkowanie rozpoczęto po zadaszeniu w 1913. Do tego czasu, księdz Walerian Dziunikowski prowadzący budowę, odprawiał nabożeństwa w prowizorycznej, drewnianej kaplicy, wybudowanej na terenie kościoła.
Nieznany jest projektant kościoła. Na pewno uczestniczył w tym Wawrzyniec Dajczak z Reniowa. On też przy odbudowie w 1925 roku, zaprojektował nowy fronton z wieżą. Zamysłem projektanta był kościół pod wezwaniem Piotra i Pawła. Świadczą o tym figury apostołów na frontonie, w ołtarzu i w monstrancji. Władze kościelne wyraźnie zignorowały zamysł twórcy oraz wolę parafian i za patrona nadały św. Jana Chrzciciela. Budowę do 1913 roku, prowadził ks.Wincenty Dziunikowski, a po nim do końca, ks. Wiktor Szklarczyk. On też do 1923 roku po wojnie, odbudowywał probostwo i zabezpieczał zniszczony kościół. Stąd, prawdopodobnie w 1924 roku, przeniesiono go do Sarnak Dolnych k.Stanisławowa i tam 10 lutego 1943 roku, został zamordowany przez ukraińskich oprawców.
Trochę więcej wiadomości o budowie i odbudowa kościoła, oraz parafii mileńskiej, ujętych jest w rozdziale UZUPEŁNIENIA na końcu opracowania.
Jan Zaleski (ludowiec) z Kamionki, w liście z 26.02.1978 roku, do brata Pawła w Stanach Zjednoczonych pisze:


Co się tyczy Pawlikowsich, to była bardzo zacna rodzina, a matka Mieczysława chciała wybudować w Milnie kościół i szkołę, ale sprzeciwił się temu Krąpiec, wujek naszego dziadka i sam wybudował kaplicę, która stała do 1908 roku. Gdy w 1910 Milno zostało oddzielone od parafii załozieckiej, to nowa parafia nie miała żadnego gruntu, bo Krąpiec poza budową nic nie dał. Więc pojechała delegacja prosić Pawlikowską by coś dała dla probostwa. Ta się rozpłakała i powiedziała, że chciała w Milnie zostawić po sobie pamiątkę, lecz odrzucono jej ofiarę. Ale na odchodne dała 5 morgów pola naprzeciw krzywej drogi. I tyle parafia miała do I wojny.

Pisze tam też, że poszukiwał kroniki parafialnej, ale udało mu się odnaleźć jedynie księgę kasową budowy kościoła prowadzoną przez księdza Dziunikowskiego. To cenne, a jednocześnie zaskakujące informacje. Szczególnie dziwi to, że wioska pod presją Krąpca, nie zgodziła się na budowę kościoła i szkoły. Zupełnie niezrozumiałe są motywy tego kroku. Odrzucono dobrodziejstwo zasługujące na dozgonną wdzięczność. Później każda rodzina musiała na to uszczknąć sporo grosza ze swoich dochodów. Trudno pojąć, jak jeden człowiek mógł narzucić całej społeczności tak nierozsądną decyzję. Sądzę, że w tej informacji, jak w każdym przekazie ustnym, kryją się jakieś niedopowiedzenia lub przeinaczenia.
Wątpliwości budzi też darowizna Henryki Pawlikowskiej w 1910 roku. Z zebranych wiarygodnych informacji wynika, że w 1909 roku właścicielami Milna byli M.Bider i E.Adler. Skoro tak, to darowizna mogła mieć miejsce tylko w wypadku, gdyby część gruntów nadal należała do Pawlikowskich. Ponadto Henryka musiała już być mocno leciwa. Jej mąż, jak podaje Antoni Worobiec, urodził się w 1793 roku. Przyjmując, że ona była 20 lat młodsza, to miała już wówczas 93 lata. Możliwe, ale rzadkie. Być może chodzi o żonę jej syna Mieczysława. Parafia mileńska, wg A.Worobca została zatwierdzona w 1920 roku, ale funkcjonowała od 1910, i wioska starała się tworzyć warunki do jej działalności. Pasterzowali jej księża, prowadzący budowę kościoła.
Zaleski pisze też, że właścicielem Milna od 1906 roku był Wasylas z Mszańca. W dokumentach nie ma takiego właściciela. Mógł to być zarządca tych dóbr.
Na temat księgi kasowej rozmawiałem z córka Jana, Marią Łanową. Ona ją widziała, ale nie wie, co się z nią stało. Gdzieś zaginęła. Dopiero pod koniec 2012 roku zadzwoniła do mnie z radosną nowiną, że odnalazła się w trakcie remontu domu - przy przenoszeniu i porządkowaniu różnych domowych staroci.



Adolf Głowacki:
NIEZWYKŁE CZASY, LUDZIE I ZDARZENIA...

 

 

następna
część



Komentarze
Brak komentarzy.
Dodaj komentarz
Zaloguj się, żeby móc dodawać komentarze.
Oceny
Dodawanie ocen dostępne tylko dla zalogowanych Użytkowników.

Proszę się zalogować lub zarejestrować, żeby móc dodawać oceny.

Brak ocen.
Copyright ©Grupa Przyjaciół Milna. Wykonanie: Remek Paduch & Kazimierz Dajczak 2008-2018