Strona Główna ˇ Forum ˇ Zdjęcia ˇ Teksty ˇ Szukaj na stronieCzwartek, Czerwiec 20, 2019
Nawigacja
Portal
  Strona Główna
  Forum
  Wszystkie teksty
  Mapa serwisu

Ilustracje
  Galeria zdjęć
  Album
  Stare mapy
  Stare pieczęcie

Teksty
  Historia
  Przodkowie
  Czasy Pawlikowskich
  Czasy przedwojenne
  II wojna światowa
  Po wojnie
  Zasłużeni Milnianie
  Adolf Głowacki:
Milno - Gontowa
  Ze starych gazet

Plany zagród
  Mapka okolic Milna
  Milno - Bukowina
  Milno - Kamionka
  Milnianie alfabetycznie
  Gontowa
  Gontowianie alfabetycznie

Literatura
  papierowa
  z internetu

Linki
  Strony o Kresach
  Przydatne miejsca
  Biblioteki cyfrowe

Konktakt
  Kontakt z autorami

Na stronie
Milno na Podolu
Najnowszy użytkownik:
Aneta
serdecznie witamy.

Zarejestrowanych Użytkowników: 144
Nieaktywowany Użytkownik: 1

Użytkownicy Online:

Aneta05:32:39
MarianSz 1 dzień
Kazimierz 2 dni
zenekt 1 tydzień
Adolf 1 tydzień
zalz 3 tygodni
maria 4 tygodni
artdeco926 5 tygodni
maciejm 5 tygodni
ikrapiec 6 tygodni

Gości Online: 3

Twój numer IP to: 54.209.227.199

Artykuły 330
Foto Albumy 63
Zdjęcia w Albumach 1861
Wątki na Forum 40
Posty na Forum 111
Komentarzy 532
Logowanie
Nazwa Użytkownika

Hasło

Zapamiętaj mnie



Rejestracja
Zapomniane hasło?
Zagłosuj na nas

KRESY

cz.12. NA OBCZYŹNIE
Adolf Głowacki:
"NIEZWYKŁE CZASY, LUDZIE I ZDARZENIA..." Szczecin 2013



12. NA OBCZYŹNIE


Nam i jeszcze jednej rodzinie, przydzielono w Rogóźnie małe gospodarstwa poukraińskie, a cztery ulokowano na większych po folksdojczach. W przydzielonym nam jednoizbowym domku, mieszkała miejscowa kobieta z dzieckiem. Mąż jej był w wojsku. W tym niewielkim pokoju gnieździlo się siedem osób. Żyliśmy biednie. Brakowało paszy dla zwierząt i nie mieliśmy grama tłuszczu ani pieniędzy. Przywieziona kasza, mąka oraz mleko, stanowiły nasze jedyne pożywienie. I z tego okradała nas sublokatorka. Na szczęście sąsiedzi byli uczynni. Dali urżnąć sieczki, trochę siana, a nawet ziemniaków. Sytuacja poprawiła się wiosną, gdy krowy poszły na pastwisko i przybyło mleka. Pozytywną stroną tej naszej nowej egzystencji, były spokojne noce. Nie musieliśmy już czuwać w ubraniach. Rozbieraliśmy się i kładli wieczorem bez lęku, że nocą może wpaść banda. Tylko w snach nadal powtarzały się te koszmary.
Na tych pozytywnych i obiecujących stosunkach, cieniem położyło się tragiczne wydarzenie w Łosińcu. Babka Gałuszowa (Anna Zając) popędziła krowę na pastwisko leśne i przepadła. Nie trudno się domyśleć, że napadł ją bandyta, aby zabrać krowę. Staruszka musiała mocno bronić swojej żywicielki, więc ją zabił i zakopał pod krzakiem. Szczęśliwie wyszła cało z rąk oprawców ukraińskich, a tu odebrał jej życie polski bandzior, godny banderowskiego zbira.
Niemcy podpisali kapitulację 9 maja, ale już piątego ogłoszono zakończenie działań wojennych. Zapanowała powszechna radość. Po sześciu latach bezprawia, grozy, mordu i pożogi, nareszcie pokój. Tę radość niestety przesłaniał też smutek. Wielu utraciło swoich bliskich, a my również domy. Byliśmy wygnańcami.

W tym czasie, gdy matki z dziećmi, którym udało się ujść z życiem z pod topora ukraińskiego, wypędzano z domów, ich ojcowie z synami walczyli na froncie. Przelewali krew pod Warszawą, na Wale Pomorskim, pod Kołobrzegiem, w rejonie Siekierek i w innych miejscach. Nie wiedzieli, że walczą o Polskę bez Kresów Wschodnich. Że Roosevelt i Churchil sprzedali je już Stalinowi.
Ten z kolei zdawał sobie sprawę, że w kresowianach i sybirakachach nie będzie miał sprzymierzeńców, więc pchał ich do boju tam, gdzie z góry było wiadomo, że zostaną zdziesiątkowani. Wiele wskazuje na to, że wydał tajną dyrektywę, aby wygubić lub przynajmniej mocno uszczuplić tą grupę. Powstanie Warszawskie też wystawił na łup Niemcom, podobnie jak kresową ludność polską Ukraińcom.
Dowódca Ludowego Wojska Polskiego gen. Zygmunt Berling, sprzymierzony z Rosjanami, szybko rozszyfrował te zamiary i samodzielnie ruszył na odsiecz walczącej Warszawie. Nie wiele wojska zdołał jednak przeprawić, bo został aresztowany, a ofensywa wstrzymana.
Pieter Łuciów-Majkut (1923-2004) opowiadał, że po sforsowaniu Wisły trzymali przyczółek i razem z powstańcami, odepchnęli Niemców daleko od rzeki. Kiedy skończyła się amunicja, musieli wrócić na brzeg i podnieść ręce. Rosjanie zamiast wykorzystać przyczółek, zostawili ich na pastwę Niemcom. Oddziały polskie ze względu na brak wsparcia i amunicji, zostały przyparte do Wisły. Kto umiał pływać wskakiwał do rzeki i wracał. Żadnych środków przeprawowych nie było. Łodzie, które ich przewiozły, wróciły. Piotr też podjął próbę płynięcia. Rozebrał się, położył na klocu i wiosłując rękami, ruszył na szeroką wodę. Niestety silny prąd zniósł go z powrotem do brzegu, lecz znacznie dalej. Gdy siedział w krzaku i zastanawiał się, czym przykryć goliznę, na brzegu rozebrał się i odpłynął oficer rosyjski, służący w Polskiej Armii. Nie wahał się długo. Po chwili znowu był ubrany, a nawet awansował. Raptem usłyszał: „Hende hoch!” i padł strzał. Pocisk przeszył mu ramię. Niemiec nie krył satysfakcji, że udało mu się wziąć do niewoli oficera.
Paweł Krawców (Dec) trzy dni siedział pod zwalonym mostem Kierbedzia ostrzeliwanym przez Niemców, nim nocą udało mu się po tym złomowisku, wrócić do swoich.
Michał Pawłusiów (Głowacki) był wówczas przy sztabie w Garwolinie. Rano zauważył, że na ścianie nie ma portretu dowódcy. Na pytanie, co się stało z generałem, oficer rosyjski powiedział: „Milcz i nie pytaj więcej”
Z Piotrem do obozu w Niemczech, poszło wielu mężczyzn z Milna. Stach Jantoszków (Krąpiec) opowiadał, że był z nimi kowal Baranów (Jakimczuk), który znał trochę niemiecki i donosił na nich. Dokuczali mu za to na każdym kroku. Niemcy zrobili mu nawet pakamerę z desek, by chronić go nocą. Rano jak wychodzili do umywalni, walili w nią, czym popadło.
Wyzwolili ich Amerykanie. Dali nowe mundury i obiecali pracę – wspominał Piotr. Mógł, więc zostać, ale jego jak na skrzydłach niosło do kochanej Maryny. W Pacholętach cieszyli się sobą do 1969 roku, a w Toruniu do 1994. Boleśnie przeżył śmierć żony i choć mieszkał z synem, poczuł się bardzo osamotniony. Sytuację pogarszał fakt, że środowisko, z którym go coś łączyło, zostawił w Pacholętach. W 2004 roku, odszedł na spotkanie z ukochaną. Był to rzadki rodzaj małżeństwa, oparty na pierwszej i jedynej młodzieńczej miłości, która wytrzymała próbę czasu i wszystkie przeciwności. Nie zestarzała się z nimi i w niemal młodzieńczej postaci, przetrwała do końca ich dni.
Wisłę przekroczono dopiero 12.01.1945 roku, gdy powstanie zostało zmiażdżone, a Niemcy ponownie umocnili się wzdłuż brzegu. Warszawa została wyzwolona 17 stycznia.
Józef Botiuk-Letki brał udział w ponownym przekraczaniu Wisły. Był też świadkiem makabrycznego widowiska. Na jego odcinku w dzień, na skutą lodem rzekę, posłano polski batalion, aby wykryć niemieckie punkty oporu. Było to tak zwane rozpoznanie bojem. Wróciło kilku. Śmierć tych ludzi to zupełny bezsens, bo Niemcy zmieniali stanowiska, a po za tym, przygotowanie artyleryjskie w perzynę zamieniło niemiecką linię obronną.
Za tą taktykę i strategię, oddało życie kilka tysięcy ludzi, w tym 7 z Milna. Oni nie szanowali ani polskiego , ani swojego żołnierza. „U nas ludiej mnogo” – mawiali.
Jan Sagat z Parcelacji w czasie tej ofensywy stracił nogi. W pożegnalnym liście do rodziny napisał: „Jestem ciężko ranny i już się nie zobaczymy. Dużo żołnierzy zginęło, a Wisła jest od krwi czerwona” Krótko po tym zmarł.
W podobnym wydarzeniu w Kołobrzegu uczestniczył mąż kuzynki, Jaśko Kwaśnicki (1907-1992) z Gajów. Oficer rosyjski raz po raz, pchał Polaków przez nieosłoniętą łąkę, na pozycje niemieckie. Za każdym razem, co raz więcej żołnierzy zalegało łąkę. Gdy po kolejnym załamanym ataku wszedł do sztabu na papierosa, dowódca zapytał go: Po co posyłasz ich na śmierć? Precież tędy się nie przebijesz. A co żal Ci polskiego gnoju?–odrzekł. Milcz. To są ludzie i jeżeli jeszcze raz tędy zaatakujesz, osobiście rozwalę Ci łeb. Jeden był człowiekiem, a drugi działał w duchu Moskwy.
Ja też odciągnąłem zamek w pepeszy i gotów byłem posłać mu serię – wspominał Jaśko.
Jaśko Bartosiów–Szeliga z Gontowy, przeżył forsowanie Odry i rozlewiska w rejonie Siekierek. Woda miała czerwony kolor od krwi zabitych – wspominał. Z ich batalionu został pluton, a z łodzi, którą płynął, tylko on przeżył, bo pierwszy wskoczył do wody. Tą akcję też poprzedziło rozpoznanie bojem. On przez dzień siedział na zwalonym moście i dopiero nocą wrócił na swój brzeg.
Przed forsowaniem spotkał brata artylerzystę, który bardzo zdziwił się wiadomością o ofensywie. Przecież my nie mamy żadnego zapasu amunicji na przygotowanie artyleryjskie. A jednak posłano ludzi w bój, mimo, że Rosjanie trochę wyżej byli już za rzeką i trzymali przeprawę. Za ten kolejny bezsens, w ciągu dwóch dni, oddało życie ponad 2000 polskich żołnierzy. W tym Stach Kubiszyn (Zając) i inni.
Pod Montr Cassino w wielodniowych krwawych bojach, zginęło nie całe 1000 ludzi. Te przykłady mają jednoznaczną wymowę i nie wymagają komentarza. Chodziło o maksymalne wyniszczenie żołnierza polskiego. Potwierdzają to wszystkie bitwy od Lenino do Berlina.
W tej wojnie z Milna zginęło 28, a z Gontowy 11 mężczyzn. Józef Iwaneńków (Czapliński) zginął koło Przemyśla od swoich, za nadgorliwość w żandarmerii wojskowej.
Basienty-Józef Szymków z Paświska, w trakcie wojny ukończył 50 lat i został zwolniony do cywila. Podczas powrotu zatrzymali go Rosjanie. A ty, dokąd? Do domu – pokazał dokument potwierdzający zwolnienie. Co? Zdrowy zdolny do służby chłop powinien bić Germańca, a nie siedzieć w chacie przy babie. Jaki twój zawód? Co robiłeś do tej pory? Szofer. Jeździłem – wyjaśnił.Charaszo i dalej będziesz to robił. Dali mu samochód i ponownie wcielili do wojska. Krótko po tym najechał na minę i zakończył życie.
Basienty w cywilu nie miał dużego gospodarstwa, ale dorabiał jako blacharz przy kryciu dachów, wstawianiu den do blaszanych przeciekających naczyń, drutowaniem pękniętych glinianych garnków itp. Nie stronił też od ciesielskich drewnianych robót. Pomagał mu syn Władek. Zawsze był spokojny, pogodny i opanowany. Zapamiętałem go z nieodłączną fajeczką w ustach.
Kseńka-Olejnik Józef (Bukowina, Lutol Suchy) nie wyróżniał się niczym szczególnym we wsi. Żył spokojnie, na uboczu Kawałeczka, ze swoją Kaśką i z łezką w oku wspominali zmarłego jedynaka. Pamiętam, że dość często odwiedzał go Józef Botiuk z Okopu. Trochę mnie to dziwiło, bo utrzymywał on kontakty z ludźmi, którzy mieli szersze zainteresowania i śledzili wydarzenia nie tylko krajowe. Którzy mieli radia i czytali gazety, a Kseńka nie należał do tej grupy. Musiał jednak mieć jakieś ciekawe przemyślenia, skoro zainteresował Botiuka. Na pewno miał sporo przeżyć z I Wojny Światowej. To, że jest człowiekiem niezwykłym, odważnym i ze smykałką, dowiódł podczas II wojny.
Na wojaczce żołnierz nie zawsze otrzymuje w porę to, co mu przysługuje. A jeżeli już, to nie zawsze w pełnym wymiarze i nigdy według potrzeb.
Tam gdzie Józef służył, uruchomili sekretną produkcję bimbru i wymieniali go na różne artykuły codziennej potrzeby. Z obserwacji wiedzieli, że Niemcy mają dobre papierosy, niezłe konserwy i inne wyroby, ale nie wiedzieli jak się do nich dobrać. Tego trudnego zadania podjął się Józef. W jaki sposób nawiązał na linii frontu kontakt z Niemcami, pozostanie jego tajemnicą. Faktem jest, że dokonał tej sztuki.
Wieczorem ubierał płaszcz i czapkę niemiecką, na ramię zarzucał mauzera, do kieszeni ładował flaszki bimbru i wychodził. Zawsze przynosił to, czego im brakowało.
„Stryku! Nie ma, co kurzyć” – zagadywał go służący z nim Stach Czyrwińskiego (Zaleski). „Poczekaj niech się ściemni to przyniosę” – odpowiadał. Z jednego z wypadów przyniósł nawet wiadomość, że Niemcy podciągają tam pociąg pancerny. Kolejne wypady były łatwiejsze, ale pierwszy wyjątkowo ryzykowny i wymagał nie tylko odwagi, ale i niezwykłej pomysłowości. Okazało się, że nieźle radzi sobie z niemieckim. Nauczył się w Armii Austriackiej, podczas I Wojny Światowej.

Polacy walczyli pod różnymi sztandarami, ale wszędzie przelewali krew za ojczyznę i obojętnie gdzie oczekują na ostatni apel, powinny być wyryte słowa: „Przechodniu powiedz Polsce, że zginęliśmy wierni w jej służbie”.

Późną wiosną, zaczęli wracać z wojny starsi Mężczyźni. Do dzieci w Rogóźnie wrócił Mikoła Jantoszków, na Majdanek Michał Pawłusiów, do Wierszczycy Jaśko Łuciów i kilku innych. Do Pawłowskich w Wierszczycy, wróciła też z robót w Niemczech ich córka Hanka (Krąpiec).
Wiosną władze zaczęły zachęcać do wyjazdu w rejon Przemyśla. Kusiły większymi gospodarstwami i dobrą ziemią. Pod koniec maja sześć rodzin z Sabaudii i kilka z Łosińca, wyruszyło do zachwalanej Ziemi Przemyskiej. Niestety wpadli z deszczy pod rynnę. Znaleźli się ponownie, w strefie aktywnej działalności band UPA.
Po naszym wyjeździe z Kresów, Rosjanie natychmiast przystąpili do likwidowania UPA i wszelkich przejawów ukraińskiego nacjonalizmu. Ich rola się skończyła. Dopiero wówczas otworzyły się im oczy i zobaczyli, że byli tylko narzędziem sterowanym przez Moskwę. Przekonali się jak bezsensowne były rzezie ludności polskiej, bo i tak została by przesiedlona. Tą działalnością, wykonali tylko za nich brudną robotę i zapisali czarną kartę w historii Ukrainy. W tej sytuacji, sporo oddziałów banderowskich przedostało się w Bieszczady, aby tam kontynuować antypolską działalność. Machina puszczona w ruch, nie mogła się już zatrzymać, a dowództwu brakowało wyobraźni i trzeźwej oceny sytuacji.
Do tłumienia band skierowano oddziały Wojska Polskiego, które dość długo likwidowały gniazda szerszeni, w przemyślnych podziemnych kryjówkach. Banderowców w końcu zlikwidowano, ale nasi ludzie nauczeni smutnym doświadczeniem, nie czekali aż padnie ostatni bandyta. Jeszcze jesienią i zimą tego roku, wyjechali na Zachód.



Adolf Głowacki:
NIEZWYKŁE CZASY, LUDZIE I ZDARZENIA...

 

 

następna
część



Komentarze
Brak komentarzy.
Dodaj komentarz
Zaloguj się, żeby móc dodawać komentarze.
Oceny
Dodawanie ocen dostępne tylko dla zalogowanych Użytkowników.

Proszę się zalogować lub zarejestrować, żeby móc dodawać oceny.

Brak ocen.
Copyright ©Grupa Przyjaciół Milna. Wykonanie: Remek Paduch & Kazimierz Dajczak 2008-2018