Strona Główna ˇ Forum ˇ Zdjęcia ˇ Teksty ˇ Szukaj na stronieSobota, Wrzesień 21, 2019
Nawigacja
Portal
  Strona Główna
  Forum
  Wszystkie teksty
  Mapa serwisu

Ilustracje
  Galeria zdjęć
  Album
  Stare mapy
  Stare pieczęcie

Teksty
  Historia
  Przodkowie
  Czasy Pawlikowskich
  Czasy przedwojenne
  II wojna światowa
  Po wojnie
  Zasłużeni Milnianie
  Adolf Głowacki:
Milno - Gontowa
  Ze starych gazet

Plany zagród
  Mapka okolic Milna
  Milno - Bukowina
  Milno - Kamionka
  Milnianie alfabetycznie
  Gontowa
  Gontowianie alfabetycznie

Literatura
  papierowa
  z internetu

Linki
  Strony o Kresach
  Przydatne miejsca
  Biblioteki cyfrowe

Konktakt
  Kontakt z autorami

Na stronie
Milno na Podolu
Najnowszy użytkownik:
sszalescy
serdecznie witamy.

Zarejestrowanych Użytkowników: 145
Nieaktywowany Użytkownik: 0

Użytkownicy Online:

sierp 1 dzień
Kazimierz 3 dni
maria 1 tydzień
AgnieszKal 1 tydzień
Adolf 1 tydzień
zenekt 2 tygodni
MarianSz 2 tygodni
maciejm 9 tygodni
Remek 9 tygodni
Aneta13 tygodni

Gości Online: 4

Twój numer IP to: 35.173.47.43

Artykuły 330
Foto Albumy 63
Zdjęcia w Albumach 1864
Wątki na Forum 40
Posty na Forum 111
Komentarzy 532
Logowanie
Nazwa Użytkownika

Hasło

Zapamiętaj mnie



Rejestracja
Zapomniane hasło?
Zagłosuj na nas

KRESY

cz.15. OSTATNIA PRZYSTAŃ
Adolf Głowacki:
"NIEZWYKŁE CZASY, LUDZIE I ZDARZENIA..." Szczecin 2013


15. OSTATNIA PRZYSTAŃ


Do Pakulent wjeżdżaliśmy od Brus. Wzdłuż drogi rosły śliwki, jabłonie i czereśnie. Gałęzie śliwek i jabłoni uginały się pod ciężarem owoców. Patrzyliśmy na to z uznaniem dla gospodarności niemieckiej.
W końcu w perspektywie, ukazała się wioska. Mała, ale bardzo malowniczo położona, pośród wzniesień mocno pofałdowanego terenu. Z lewej strony lasek sosnowy, za nim łąki i kępy olszyny oraz tor kolejowy. Z prawej pola mocno pięły się w górę, a niżej za wioską, widniały ogrody. Połacie pól przecinały zadrzewione aleje. Każda droga ciągnęła się w szpalerze owocowych drzew.
Wioska, choć mniejsza od Nieprowicy, okazała się przytulna i dała się lubić. A co ważne, doskonale nadawała się do produkcji rolnej. Dookoła otaczały ją pola z zupełnie dobrymi gruntami, w pobliżu był las i jeziora, blisko stacja kolejowa i niedaleko do miasta. Budynki w większości solidne, a kilka wolnych i półwolnych, nadawało się do zamieszkania. Zachowało się też trochę mebli oraz sporo sprzętu rolniczego i maszyn.
Pośrodku stał kościół z wieżą, ale dość zniszczonym wnętrzem i prawie bez pułapu i dachówki, bo Rosjanie zdetonowali w nim materiały wybuchowe. Oni też przed wkroczeniem, posłali na postrach parę pocisków i uszkodzili dwa budynki, a po wkroczeniu cztery spalili. Kościół otaczał cmentarz. Przed wejściem stał granitowy pomnik z wojskowym krzyżem na wierzchu. Na płycie wyryte były nazwiska Niemców, poległych w I Wojnie Światowej.
Niestety udało się tutaj ulokować tylko 9 rodzin. 7 osiadło w pobliskim Żarnowie, z perspektywą przeprowadzki do Pakulent, bo sporo rodzin powracających z Niemiec, zatrzymała się tutaj tylko czasowo. I tak się stało. W 1947 roku wszyscy mieszkali już w Pacholętach. W Żarnowie powstał PGR.
Zakończenie działań wojennych, wywołało duże przemieszczenia ludności. Szczególnie zakotłowało się na terenach zachodnich, nadgranicznych. Niemców wysiedlano za Odrę, a na ich miejsce napływali Polacy powracający z robót w Rzeszy i wygnańcy ze wschodu. Ponieważ uszkodzone były linie kolejowe i zerwane mosty, dużo rodzin i grup samotnych ludzi, wracało z Niemiec wozami wypełnionymi różnym dobytkiem.
Po przekroczeniu granicy przejmowało ich wojsko i zmuszało do przynajmniej czasowego osiedlenia na Zachodzie. Chodziło o przejęcie i zabezpieczenie poniemieckiego mienia. Kierowano ich stosownie do zawodu bądź zainteresowania, do miast lub licznych pustych osiedli. Ci, którzy rozjeżdżali się po wioskach, wybierali jak w ulęgałkach i zajmowali najlepsze gospodarstwa – z pełnym wyposażeniem i kompletnym umeblowaniem mieszkań. W niektórych mieszkali jeszcze Niemcy.
W tym rejonie, Odrę przekraczano mostami pontonowymi w Fidychowie i w Gryfinie. Powracający z Niemiec, jechali w ciągłym zagrożeniu napadu rabunkowego. Na to, co wieźli, wzdłuż trasy, jak sępy czyhali bohaterowie zwycięskiej Czerwonej Armii. Nie wszystkim udało się dowieźć zdobycz na miejsce. Grupa samotnych ludzi osiadła w Pakulentach, zwana później kawalerką, straciła wszystko w Fidychowie. Rosjanie wymierzyli w nich pepesze, kazali zejść z wozu i odjechali z całym dobytkiem.
Nadkańskich dopadli jeszcze przed Odrą, ale obeszli się z nimi po ludzku. Zabrali im dobre konie, a dali wychudzone szkapy. Spotkała ich rzadka wspaniałomyślność – zwykle tylko zabierali.
To żołdactwo dokonywało rozboju w biały dzień i mimo ochrony wojska polskiego, dokonywało licznych grabieży, gwałtów, a nawet morderstw. Duże spustoszenie robili również szabrownicy, którzy zlecieli się tutaj jak sępy do padliny.
Pierwszymi osadnikami Pacholąt, byli powracający z Niemiec. Osiedli tu w maju i na początku czerwca. Żyli tutaj przez pewien czas, pod stałym zagrożeniem napadu Rosjan z Czarnowa. Ze względu na częste wzywanie pomocy żołnierzy polskich z Dębogóry, dowódca batalionu przeniósł 15 osobowy oddział, do stałej ochrony wioski. Rabusiów płoszyli strzałami w górę. Taki mieli rozkaz. Wcześniej, od 26 maja do około 10 czerwca, stacjonował tu Bronek Jantoszków (Zawadzki) ze swoim batalionem, co poważnie hamowało zapędy czerwonoarmistów. Wówczas do głowy mu nie przyszło, że resztę życia spędzi w tej wiosce.
Ci pierwsi osadnicy, wiosną, posadzili trochę ziemniaków i posiali buraków cukrowych.. Latem natomiast z żołnierzami z ochrony, skosili zboże i złożyli w stogi. Trochę zboża również wymłócili lokomobilą parową. W robotach polowych pomagał zatrzymany we wsi stary Niemiec i kilka Niemek. Po żniwach odbyły się dość huczne, pierwsze polskie dożynki.
W czasie żniw, do wioski dotarł prosty chłop ukraiński, który prawdopodobnie służył w ukraińskiej dywizji SS Galizien. W Niemczech zgarnęli ich Rosjanie i prowadzili na wschód. On prysnął im gdzieś w lesie i dotarł na pacholęckie pola. Jak raz mężczyźni kosili zboże. Pozdrowił żniwiarzy łamaną polszczyzną i zapytał czy może pomóc. Dali mu kosę i tak został. Później, choć domyślali się, kim jest i czasem go straszyli, nikt nie zgłosił tego do władz i tak dotrwał we wsi do końca swoich dni.
Do końca tego roku i w następnym, sporo Niemców pracowało jeszcze w różnych miejscowościach, a przede wszystkim w majątkach zarządzanych przez Rosjan. Takim był też sąsiedni Lubicz, w którym okresowo trzymali duże stada bydła, pędzonego w głąb Rosji. Wojsko pasło je na okolicznych polach.
W tym czasie spore problemy sprawiało wyżywienie, ze względu na brak mięsa i tłuszczu. Zwłaszcza tym, którzy nie mieli krów. Praktycznie wszystkim powracającym z Niemiec.
Pewnego dnia grupa tutejszych mężczyzn, kupiła od Rosjan jedną sztukę. Dali za nią dwie butelki bimbru. Zaraz po dobiciu targu, przyspieszonym krokiem ruszyli w kierunku wioski. Znali praktyki rosyjskie i wiedzieli, że lada moment zjawi się pogoń. I rzeczywiście, gdy byli jeszcze na wzniesieniu, gwizdnęły pierwsze kule. Odpowiedzieli ogniem i szybko zbiegli w dół, gdzie leżało sporo amunicji. Tam znający się na broni akowiec chwycił pacerfaust i odpalił w kierunku pogoni. Poleciała w górę ziemia. Rosjanie klnąc zawrócili.
Krowa szybko została oprawiona, mięso rozdzielone, zaś łeb, skóra i kości zakopane i zamaskowane. Wiedzieli, że zjawią się tu z polskim przedstawicielem i oskarżeniem o kradzież krowy. I tak się stało. Nic jednak nie znaleźli i odeszli z kwitkiem. Tym razem górą byli Polacy i choć częściowo zrewanżowali się im, za rabunek w Widuchowej.
Żołnierze z ochrony wioski, pod Lubiczem paśli i pilnowali na łące 11 krów, przeznaczonych na ubój dla wojska. Któregoś dnia Rosjanie wpędzili tam stado gnane na wschód. Raptem znaleźli się w morzu zwierząt. Aby uratować się przed zalewem, błyskawicznie przystąpili do grodzenia okólnika, bo gdyby doszło do wymieszania, nie mieli szans na odzyskanie swoich. Postanowili też wykorzystać sytuację. Potraktowali towarzyszy bimbrem i gdy zmęczonych marszem zmogło, wpuścili do swoich 30 sztuk ze stada. Tak jak przewidywali towarzysze nie zauważyli ubytku, bo było tego zbyt dużo. Po odpoczynku, wdzięczni za poczęstunek, ruszyli dalej.
To na dłużej rozwiązało problem żywieniowy wojska. Sprzedali też kilka sztuk ludziom, a jednej kobiecie za butelkę bimbru, dali dwie sztuki. Szczęśliwszej kobiety już później w życiu nie spotkałem – wspominał Czesiek Michalski, który osiadł w Gryfinie na stałe.
Opowiadał też, że później skierowano ich do wysiedlania resztek Niemców. Dawali wszystkim 24 godziny na przygotowanie, następnie formowali w duże grupy i prowadzili na przeprawę w Widuchowej. W drodze często napadali na te kolumny Rosjanie. Płoszyli ich podobnie jak w Pacholętach, seriami z automatów. Ochrona kończyła się na Odrze i dalej żołdactwo robiło, co chciało.
Jeszcze w trakcie pobytu w Pacholętach, w słomie omłotowej znaleźli śpiącego zabłąkanego żołnierza niemieckieg. Dowódca przesłuchał go i kazał wypuścić. „Niech idzie, może uda mu się dotrzeć do domu”
Ostatni żołnierze z tej grupy, wyjechali dopiero w październiku.
Pierwsi przesiedleńcy z kresów, dotarli do wioski 20 sierpnia. Były to trzy rodziny z tarnopolskiego pow. Podhajce. 29 dojechało siedem rodzin z powiatu Horodenka ze stanisławowskiego. Nasza grupa dotarła tu 8 września. Mama dobrze zapamiętała tą datę, bo wypadło to akurat w święto Matki Boskiej Siewnej. Rozlokowano nas w nielicznych już wolnych budynkach i tam, gdzie powracający z Niemiec zatrzymali się czasowo.
24 września, przyjechała do wioski wdowa Joanna Schodnik, z czwórką małych dzieci. Najmłodsze miało trzy, najstarsze 11 lat. Był to wyjątkowy akt odwagi, aby z takim drobiazgiem wyruszyć w nieznane. Ale też akt desperacji. Jej mąż dostał się z łapanki do Oświęcimia i tam zginął. Z trudem dotrwała do końca wojny, na małym zagonie w woj. warszawskim. Próba szukania wsparcia u jego rodziny zawiodła. Wyruszyła, więc na Zachód ze świadomością, że nic gorszego już jej nie spotka. I to ją uratowało.
Jedno gospodarstwo objął Jan Garstecki, który od 1939 roku pracował na nim jako jeniec wojenny. Później dojechała jeszcze, spokrewniona z nimi, rodzina Zywertów.
Pod jesień kolejni mężczyźni zaczęli wracać z wojny. Niestety nie wszyscy. Do Pacholąt wrócił Józef Leki (Botiuk) i Antoni Gaździcki (Szewców). Do Czarnówka Jan Czapla (Czwórak), jego zięć Józef Zawadzki z Bukowiny oraz Jan Czapla (Gruszka) z Kamionki. Nie wrócił Andrzej Szeliga (Bazylów) z Bukowiny i Józef Bieniaszewski (Jendrzejków) z Gontowy. Młodsi jak Bronek Zawadzki (Jantoszków), Antoni Łoik (Czaplów) oraz Jan i Stanisław Dec (Pawłów), wrócili dopiero w następnym roku. W 1947, z amerykańskiej strefy okupacyjnej, wrócił Piotr Majkut (Łuciów).
Tato przywiózł z Niemiec, walizeczkę amerykańskich papierosów, ale ze względu na powszechny deficyt tytoniowy, zapasy szybko się wyczerpały. Razem z bratem Michałem Pawłusiowym i Jaśkiem Łuciowym, wybrali się po tytoń do Wierszczycy k.Tomaszowa Lub. Przy okazji zareklamowali Zachód. Józek Krąpiec (Pawłowskiego) twierdził, że pamięta jak dziś słowa ojca: „Budynki murowane, ziemi ile chcesz, blisko do pociągu i do miasta, w pobliżu jest las i jeziora, nie daleko również do Odry, a ryby jak koty”. Na wyjazd zdecydowali się Krąpcowie i Marcjasze. Chciał również jechać Piotr Raróg, ale ze względu na rychłe małżeństwo córki, musiał zrezygnować.
W drodze powrotnej zahaczyli o Przemyśl, gdzie kupili prosięta i do wyjazdu zachęcili Piotra Mańkuta (Miśki) z Kamionki oraz Anielę Szeligę (Byczkową) i Annę Bieniaszewską (Jendrzejkową) z Gontowy.
Traf chciał, że jadący z Tomaszowa i Przemyśla, spotkali się w Stargardzie Szczecińskim. Tam połączono ich wagony i przyholowano do Gryfina.
Pod wieczór 7 grudnia, Piotr Marcjasz (Bazylów), Gienia Bieniaszewska (Jendrzejki) i Józef Krąpiec, wybrali się pieszo do Pacholąt. Piotr już tutaj był na zwiadach, więc trochę znał drogę. Do Czarnowa szli szosą, dalej droga prowadziła przez las. W Czarnowie zatrzymał ich wartownik rosyjski. Gdy wyjaśnili, kim są i dokąd zmierzają, gorąco odradzał, bo w lesie są Niemcy. Proponował nocleg i wciąż zerkał na kształtną Gienię. Piotr na szczęście był w mundurze, co poważnie hamowało zapędy krasnoarmiejca. Powiedział wartownikowi, że zna drogę i dadzą sobie radę. Ze znajomością drogi trochę przesadził – szedł nią drugi raz i już się ściemniało. Przy pierwszym rozwidleniu wybrał kierunek na wyczucie i w minorowych nastrojach, zanurzyli się w las. Odetchnęli, gdy za lasem rozpoznał stogi zboża i upewnił się, że są na właściwej drodze.
Przygoda na szczęście dobrze się skończyła, ale była to śmiała i dość ryzykowna wyprawa. Ja jeszcze w 1946 roku, z trudem zwiałem tam Ruskim, którzy chcieli mi zabrać rower. Jechałem wówczas ze szkoły w Gryfinie.
Nasza grupa w Pacholętach wzrosła do 12, a razem z Czarnówkiem do 21 rodzin.
Przed wszystkimi stanął problem przetrwania zimy, czyli zgromadzenia dostatecznej ilości paszy i żywności. Opałem nikt się nie przejmował, bo las był blisko. Udało się jeszcze zebrać trochę siana z nieskoszonych łąk. Osiedleni wcześniej, mieli siano dobrej jakości, bo skosili młodą trawę. Trzeba przyznać, że władze zrobiły dużo, aby umożliwić start przesiedleńcom i osadnikom. Dość sprawnie zorganizowały i przeprowadziły akcję sadzenia ziemniaków i akcję żniwną. Skoszone zboże stało w stogach. Wystarczyło je wymłócić i w miarę uczciwie podzielić plon. Ustawiono więc maszyny, podłączono do kieratów i ruszyła młocka. Snopki ze stogów zwożono wprost do maszyn. Pracowano zbiorowo, a zboże dzielono na rodziny.
Ludzie wyruszyli również na pola, do kopania ziemniaków. Przyłączyła się do tego sąsiednia Skrzypnica i Krajnik. Wygrzebywano też z ziemi buraki cukrowe. Choć zaniedbane i drobne, na paszę i melasę się nadawały.
Nie zmarnowało się również żadne jabłko, gruszka ni śliwka. Wszystkie owoce suszono w piecach chlebowych oraz duchówkach i robiono zapasy na zimę.
Mieliśmy krowy, owce i kota poniemieckiego. Majkut przywiózł kupione w Przemyślu prosiaki. Wszystkie następne mogły tylko marzyć o takiej opiece, jaką miały te pierwsze. Rodziny, które przyjechały w grudniu, przywiozły kury. Powstała, więc szansa rozwoju hodowli drobiu.
Najpoważniejszym problemem dla nas był brak koni, dla grupy niemieckiej krów, a pozostali nie mieli żadnych zwierząt. Tymi zaprzęgami, które były we wsi, przystąpiono do orek i siania oziminy, aby w następnym roku nie zabrakło chleba. My mlekiem płaciliśmy za konie, inni odrabiali. Pomagano też sobie z czystej życzliwości. W sumie w pierwszym roku nie wiele pól obsiano. Dookoła wioski leżały odłogiem zarośnięte chwastami ugory. Nikt wówczas nie wydzielał gruntów. Każdy orał gdzie chciał i uprawiał ile chciał. Rozległe połacie wolnej ziemi prosiły się o pług, ziarno i brony. Wprost podrywały ludzi do pracy, ale wszystko kończyło się na chęciach, bo brakowało koni. Było to nowe, zupełnie nieznane dziadom ni pradziadom zjawisko. Coś podobnego mogli przeżywać nasi przodkowie, gdy osiedlali się na Podolu.
Początki zawsze są trudne, bo możliwości zdecydowanie nie nadążalą za potrzebami. Gdzie kto mógł zdobywał i uzupełniał umeblowanie. Kompletowano sprzęt, maszyny i wozy. Zbierano oraz naprawiano uprząż. Brakowało cukru, soli, mydła, odzieży i obuwia. Jedynie naczyń kuchennych było pod dostatkiem.
Handel dopiero się rozkręcał. Do tego dochodziły trudności komunikacyjne i brak pieniędzy. Pierwszy pociąg ruszył dopiero we wrześniu lub październiku następnego roku. Do Gryfina mogliśmy pojechać furmanką lub rowerem. Ale tam też nie wiele się działo. Śródmieście wojna zamieniła w ruinę. Większość ulic zawalona gruzami, była nie przejezdna. Jakimś cudem ocalał kościół. Obok stały mury spalonego przez Rosjan ratusza. Dworzec też był spalony. Tam później przez długi okres, za poczekalnię służył drewniany barak.
W mieście nie było żadnych sklepów, ale dość szybko rozkręcił się handel na rynku. Większość towaru oferowanego przez handlarzy, pochodziła z szabru.
W tej sytuacji naprawiano, łatano i nicowano starzyznę, a szewcy i krawcy mieli pełne ręce roboty. Nikt z tego nie robił jednak problemu, bo wojna nauczyła nas żyć przy minimalnym zaspokojeniu potrzeb. Przywykliśmy, że najważniejsze było wyżywienie, reszta tworzyła drugi plan.
Pierwszy raz pojechałem z mamą na zakupy do Szczecina, zimą na przełomie 1946 i 47 roku. Jazda przez Odry drewnianymi trzeszczącymi mostami, choć z prędkością pieszego, zapierała dech w piersiach, a wiele kobiet odmawiało pacierze. Miasto robiło przygnębiające wrażenie. Od dworca dołem w kierunku stoczni i górą wzdłuż Alei Niepodległości oraz ulicy Wyzwolenia po stację na Niebuszewie, ciągnęło się morze ruin. Strefa zupełnie martwa. Wiele ulic pokrywały gruzy i tylko główne ciągi komunikacyjne zostały uporządkowane i udostępnione dla ruchu.
Handel koncentrował się na bazarze obejmującym plac Żukowa. Jak przed wojną, przy budach obwieszonych ciuchami stali w jarmułkach Żydzi i hałaśliwie zachwalali swój towar.
Wzbogaciłem się wtedy o dość przyzwoite trzewiki i znośny, nawet niezbyt poprzecierany płaszcz. No może ciut luźny, ale to likwidował pasek, natomiast dłuższe rękawy, skutecznie chroniły dłonie przed zimnem.
W grudniu otwarto szkoły w Gryfinie. Ja zapisałem się do piątej klasy Szkoły Powszechnej, a Władek Letki (Botiuka) i Piotr Czapla (Czwóraka) do pierwszej Gimnazjum. Ponieważ nie było jeszcze internatu, zajęliśmy pokój w pustej kamienicy przy ul. Solnej (zlikwidowana). O tym wyborze zadecydowały szyby w oknach i zapas węgla w piwnicy. Krótko po tym dołączył do nas Władek Letki (Gierów). Już w czwórkę przenieśliśmy się do sąsiedniego bloku, gdzie mieszkała nasza krajanka.
Nauka odbywała się bez zeszytów i książek. Notatki robiliśmy na znalezionych czystych kartkach i niezapisanych stronach ksiąg rachunkowych. Później dołączyli do nas też inni tak, że w pewnym okresie zajmowaliśmy cztery pokoje, w tym jeden dziewczęta. Było, więc dość gwarnie i wesoło. Parter stał pusty.
W oficynie mieszkał Bronek Czapla (Gruszka) i Sławko Marcjasz (Bazylów). W któryś wieczór, gdy Bronek usnął (Sławka nie było), Władek z Piotrem potoczyli beczkę po tamtym strychu. Chwilę po tym usłyszeliśmy trzask drzwi, tupot i wpadł do nas blady Bronek. Chłopaki duchy! – wykrztusił. Jakie duchy? Co Ty pleciesz? Poszliśmy z nim sprawdzić. Wszędzie cicho i głucho. Chyba coś ci się przyśniło – podsumowaliśmy wydarzenie. To go jednak nie uspokoiło i tę noc dokończył u nas, a tam już nigdy sam nie przenocował.
Większość wykruszyła się dość szybko, ze względu na trudne warunki. Wystarczy wspomnieć, że podstawą naszego wyżywienia był chleb, masło i kawa zbożowa z melasą. Każdy niecierpliwie czekał na sobotę. Zaraz po lekcjach wskakiwaliśmy na rowery i co sił w nogach rwali do domu, bo tam czekało niewyszukane, ale normalne jedzenie. Ja po ukończeniu szkoły, przez parę lat nie mogłem patrzeć na masło.
W tym roku szkolnym ja i Władek, w trybie przyspieszonym, ukończyliśmy piątą i szóstą klasę, gimnazjaliści zaliczyli pierwszą. Siódmą normalnie, kończyłem sam, Władek zrezygnował z dalszej nauki, ze względu na gospodarstwo. Gimnazjaliści ciągnęli dalej.
W następnym roku uruchomiono linię kolejową i otwarty został internat. Ruszyła też 4 klasowa szkoła w Pacholętach. Prowadził ją Józef Nowak. W roku szkolnym 1947/48 szkołę przejęła Jarocka, Nowak przeszedł do pracy w Inspektoracie w Gryfinie.
Jarocka była energiczną i chętną do pracy z młodzieżą nauczycielką. Pod jej kierunkiem przygotowaliśmy nawet i wystawili jakąś sztukę w sali. Próby odbywały się w szkole.
Któregoś dnia zrobiliśmy maskę z wydrążonej dyni, ze świeczką w środku. W ciemny wieczór po próbie, jeden wyskoczył wcześniej, zapalił świeczkę i ustawił dynię na murze przy cmentarzu kościelnym. Dziewczęta jak zwykle wyszły pierwsze, my w pewnym oddaleniu z nimi. Trajkocząc doszły pod kościół. Gdy zobaczyły świecącą czaszkę, na moment zaniemówiły, a po chwili rozległ się przeraźliwy pisk i tupot. Kolejne trzaśnięcia drzwiami sygnalizowały, że grupa maleje, krzyk stopniowo słabł, aż zakończyła go mieszkająca najdalej Anka Gutowska. Po ostatnim odgłosie w pośpiechu zamykanych drzwi, nastąpiła głucha cisza. Na drugi dzień dostaliśmy burę. Większość uznała, że żart był przesadzony i mógł się źle skończyć dla bardziej strachliwych i sercowych.
Po roku ponownie szkołę objął Nowak. Był to okres różnych akcji inicjowanych przez władze. Najwcześniej specjalną akcją szkoleniową objęto analfabetów i chyba po roku po roku ogłoszono, że analfabetyzm w Polsce został zlikwidowany. Prawda jak zwykle leżała gdzieś po środku. Na pewno skorzystali z tego młodzi. Bardzo szerokie kręgi zatoczyła akcja kulturalno-oświatowa. Wszędzie organizowano zespoły taneczne, teatralne i muzyczne. Nowak również skrzyknął młodzież i utworzył zespół taneczny i małą kapelę ludową. Musieli się wyróżniać, bo zapraszano ich na występy do różnych miejscowości, łącznie z Gryfinem. Uczestniczyli też w dożynkach ogólnopolskich w Lublinie. Mimo podkładu ideologicznego, ta działalność gromadziła młodzież, dawała jej sensowne zajęcie i czegoś uczyła.
Na stacji panował wówczas spory ruch, bo dużo młodzieży dojeżdżało do szkoły w Gryfinie i starszych do pracy. Wydzielono nawet specjalny wagon, przeznaczony wyłącznie dla młodzieży szkolnej.
Pierwszy raz wsiadałem u nas do pociągu ze Sławkiem Marcjaszem (Bazyli). Podszedł do nas konduktor, wypisał bilet, ja zapłaciłem, Sławek natomiast, dawaj się z nim targować. Chłopcze to nie bazar, tu są sztywne ceny. A mój kolega nie zbity z pantałyku dalej swoje: „No nie dużo, ale choć trochę niech Pan opuści”. Ten chłopak miał swój styl i nie przejmował się ogólnie przyjętymi zasadami. Jak kot chodził swoimi ścieżkami. Na stację szedł zawsze równym miarowym krokiem i na peronie zjawiał się razem z pociągiem. Pewnego razu pojawił się na drodze z małym opóźnieniem. Zaczęliśmy, więc machać i zachęcać by przyspieszył. Nic z tego. Do końca trzymał równe tempo. Zabrakło mu kilkunastu kroków.
Do 1947 roku, młodzież szkolną zrzeszało harcerstwo, działające w oparciu o przedwojenny statut. Hufiec gryfiński masowo uczestniczył we wszystkich uroczystościach świeckich i kościelnych. W 1948 władze przystąpiły do przetwarzania młodych (i nie tylko) umysłów. Na bazie zlikwidowanych starych organizacji, powstał Związek Młodzieży Polskiej (ZMP) i czerwone harcerstwo, przepojone ideologią stalinowską. Co rusz organizowano masowe imprezy, na których wielbiono ojca narodów towarzysza Stalina. Wszędzie dominowały olbrzymie transparenty, portrety przywódców i czerwone krawaty.
Wiosną 1946 roku, osadnicy wojskowi, otrzymali nieodpłatnie konie z demobilu. W tym też roku dotarła do nas pomoc amerykańska UNRRA. Trzy lub cztery razy otrzymaliśmy porozrywane paczki z konserwami rybnymi, margaryną, tłuszczem roślinnym, mlekiem w puszkach i jakimiś słodyczami. Do nas docierały resztki. Co lepsze wsiąkało po drodze u dystrybutorów paczek, a później pojawiało się na bazarach. Nas i to, co otrzymywaliśmy cieszyło, choć nie rozwiązywało podstawowych problemów żywieniowych. Natomiast nieocenioną pomocą UNRRA, był przydział koni i krów na bardzo dogodnych warunkach. Koń kosztował 30 kwintali żyta, z rozłożeniem spłaty na 10 lat. Do końca 1947 roku, wszyscy mieli już konie i krowy.
W Dębogórze jesienią 1945 roku, ruszył młyn wodny. Pod koniec 1946 lub na początku 1947, Filiks taki sam młyn uruchomił w Pacholętach.
Ruszyły orki pod zboża jare, ziemniaki i buraki. Ludzie wylegli też na ogrody. W miarę jak przybywało koni, rosło tempo zagospodarowywania ugorów.
Orkę rozpoczynały dwie osoby. Jedna prowadziła pług, druga konie po obrysie zajętego pola. Później konie trzymały się bruzdy. Żaden osiedlony w Pacholętach człowiek, nie lękał się pracy, bo przez lata był do niej wdrożony. Ruszono, więc z furią w pole. Hektary ugorów w oczach pokrywały się czarną rolą. Każdy pracował jakby chciał nadrobić lata niedostatku. Znikły pojęcia biedny i bogaty, natomiast nabrały znaczenia pracowity i leniwy.
Któregoś dnia wyjechaliśmy z ojcem na pole przy stacji, aby zaorać kawałek odłogu. Ledwie ustawiliśmy pług i konie, patrzymy a na przełaj leci Jaśko Łuciów (Majkut) i wymachuje kapeluszem. Gdy zbliżył się do nas, tato zawołał: „O co chodzi Jaśku!?”. „Pieter to moje. Ja to zająłem” „No dobrze. Pokaż, dokąd zająłeś, to ja się przesunę”. „Wszystko aż do drogi na stację” – odparł. „Człowieku opamiętaj się. Przecież Ty tego za rok nie zaorzesz” – stwierdził tato. W końcu odstąpił nam kawałek, ale odszedł niepocieszony.
Ta chęć zagarnięcia jak największej powierzchni gruntu, przekraczającej nawet możliwości obrobienia, wynikała u niego z wieloletniego głodu ziemi. Był człowiekiem bardzo pracowitym i wszystkie lata poświęcił walce o ziemię. Przed wojną kilka lat pracował we Francji, aby zdobyć środki na powiększenie gospodarstwa. Tutaj orał truchtem. Jego mongoły były bardzo wytrzymałe, lecz za nim nie nadążały. Po pracy stały ze zwieszonymi łbami, przy żłobach pełnych owsa. Po takiej harówce nawet jeść im się nie chciało. Dostawały za to dodatkowe baty.
Na podwórzu miał zawsze idealny porządek. Nawet obornik układał równymi warstwami, w obrysie foremnego prostokąta, z pionowymi ściankami bocznymi. Pracę traktował niemal jak dobrodziejstwo. Odnosiło się wrażenie, że praca go nie męczy.
Wchodzę kiedyś na ich podwórze i widzę, że koszem znosi węgiel do budynku. Stryju – zagadnąłem – taczką było by lżej. Dolek ja mogę tak nosić dzień i noc, byle bym miał co. Czuł się jeszcze na siłach, ale zupełnie ich nie oszczędzał. Ostatnich 12 lat spędził w łóżku. Choroba wyłączyła go z aktywnego życia w wieku 59 lat. Zmarł w 1970 roku.
Stronił natomiast od gorzałki. Mawiał zawsze: „Niech ona rzeką cieknie, to ja jej nie chcę”. Czasem jednak kończył uroczystość na rauszu, bo naciągali go sposobem. Jaśku ze mną nie wypijesz? No to jednego z Tobą – szedł na ustępstwo. I tak z jednym i drugim, aż kończył na miękkich nogach. Był człowiekiem nerwowym i porywczym, a jednocześnie towarzyskim, uczynnym i skorym do pomocy. Do końca żył nadzieją powrotu na ziemię, której poświęcił wszystkie młode lata. Na pytanie, co tam stryju w polityce? – odpowiadał: „Tylko patrzeć jak Anglia i Ameryka ruszą na Ruskiego”. Wspomnisz moje słowa – dodawał.
Podobny stosunek do pracy miał jego brat Piotr Miśków (1901-1973) z Kamionki. On jeszcze dłużej pracował we Francji. Wrócił tuż przed wybuchem wojny. Wszystkie ciężko zapracowane pieniądze lokował w gospodarstwo i wszystko to przepadło. Piotr może być wzorem patriotyzmu dla młodych kresowian. Na procesie Burysza w czasie okupacji rosyjskiej, śmiało zeznał, że to nacjonalista ukraiński, choć groził mu rozlewem krwi. A nie były to jak się wkrótce okazało czcze pogróżki – narażał wówczas życie. Gdy jego teść Ukrainiec rąbał drzewo na polskie Boże Narodzenie, zrewanżował mu się tym samym. Nie pozwolił, aby ranił jego uczucia i dumę narodową. Też stosunkowo wcześnie zakończył życie. Wylew przykuł go do łóżka. Rok dłużej żył od Jana. Obaj spoczywają w Pacholętach.
Rzadkim pechowcem, a zarazem szczęściarzem, był Jantek Szewców (Gaździnki) z Bukowiny. Gdy konie mu się spłoszyły i został pokiereszowany, wydawało się, że z kalectwa się nie wyliże. Wola życia jednak zwyciężyła i jeszcze długie lata chodził za pługiem. W czasie burzy piorun zabił krowę, którą prowadził na sznurku, a przez niego - jak opowiadał - tylko lekki prąd przeleciał. W Milnie prowadził sklep Kółka Rolniczego, co plasowało go w gronie bardziej rozgarniętych ludzi. Osiadł i spoczywa w Pacholętach.
W Pacholętach zgromadziło się sporo dobrych gospodarzy. Wytworzyła się nawet zdrowa rywalizacja. Każdy starał się jak najszybciej wykonać roboty, by nie odstawać od innych. Poznaniacy pracowali systemem niemieckim. O godzinie 18 robili fajrant, bez względu na pogodę i nawał pracy. Mimo to wszystko w porę zrobili. Reszta pracowała od wschodu do zachodu słońca.

W gospodarstwie nigdy nie ma odpoczynku, jedynie zima trochę folguje. Brat Czesiek w wieku nieco przedszkolnym, na Prima Aprilis powiedział ojcu, że stryjek prosił, aby przyszedł. Wrócił wściekły. Nie wiem w co wpierw ręce włożyć, a tu gówniarz jeszcze kradnie czas. Upiekło mu się tylko ze względu na wyjątkowy dzień.
Zasłynął też innym wyczynem. Tak był dumny ze swojego pierwszego świadectwa szkolnego, że przybił go dużymi gwoździami, do ściany nad tapczanem. Chciał wywołać tym większe wrażenie na rodzinie. Wyłupane dziury w tynku, długo dokumentowały to wydarzenie.

Muszę z satysfakcją przyznać, że nasi niewykształceni rodzice rozumowali prosto, ale logicznie. Nie dali się zwieść złudzeniom: „Jakoś to będzie”. Wiedzieli, że byt może im zapewnić ziemia, więc trzeba ją mieć. Dla tego nie zostali w Ognicy, mimo korzystniejszych warunków lokalowych. Okazało się również, że stosunkowo szybko opanowali obsługę maszyn – zwłaszcza młodzi. Starszym trudniej to szło i początkowo zamiast wyciągnąć siewnik, zakładali płachtę przez ramię, lub zawieszali pojemnik ze zbożem i rytmicznie, krok za krokiem, kolistymi ruchami rąk, rozsiewali ziarno.
Trwała też i umacniała się akcja „rower”. Pozwalał on, bowiem stosunkowo szybko i łatwo, przemieszczać się w terenie. Nie pamiętam gdzie zdobyłem dętki i opony, ale jesienią jeździłem już normalnym rowerem, a nawet ze światłem, bo gdzieś znalazłem żarówkę.
Kiedyś mój rówieśnik Józek Juzyszyn ze stanisławowskiego, zagadnął mnie czy mam zapasową żarówkę. Jak raz miałem. Bardzo się ucieszył i wykrzyknął: „Cia! Cia! Cia!”. Ale po dokładnym obejrzeniu dodał: „Łysz spałena” Oni na wschodzie rozmawiali po ukraińsku i tutaj mieli spore kłopoty z polszczyzną.
Życie wyraźnie się stabilizowało. Wkrótce w chlewach zaczęły pochrząkiwć świnie, w kurnikach gdakać kury, a o świcie koguty przypominały, że czas rozpoczynać kolejny dzień pracy. Nową rzeczywistość zaakceptował nawet kot poniemiecki. W godzinach udoju siędział na progu obory i czekał na swoją porcję mleka. Zarobił ją ciężką harówką, przy wyłapywaniu i płoszeniu wszędobylskich myszy. Pies szczekaniem przypominał, że też nie próżnuje, pilnuje dobytku i zapracowuje na swoje utrzymanie.
Dość szybko zapełniły się budynki inwentarskie, stodoły i spichrze. Stosunkowo szybko znikł też problem, co ugotować i podać na stół.
Już w 1945 roku radość zaczęła brać górę nad troskami, choć życie nie skąpiło jeszcze różnorodnych problemów. Rok 1946 i następne, to już nie przebłyski, lecz eksplozja tłumionej przez wojnę radości. Skończyły się lata zniszczeń, grozy, przemocy, zagłady i poniewierki. Dla nas skończył się ponadto koszmar barbarzyństwa ukraińskiego. Było się, więc z czego cieszyć. Młodzi gromadzili się po domach, gawędzili dowcipkowali i śpiewali. Kawalerowie podszczypywali panny, a przy byle okazji porywali wybranki serca i ruszali w tany.
Dość często odbywały się zabawy. Wystarczyła harmonia, jakieś skrzypce, trąbka i bęben, a salę wypełniały tłumy młodzieży miejscowej i z sąsiednich wiosek. Naogół wystrojonej w modne po wojnie oficerki.
Do sali przychodzili też żonaci, bo byli to w większości młodzi ludzie. 80% ludności wioski nie przekraczało wówczas 40 lat. Pod okna podchodzili też starsi, zobaczyć jak młode pokolenie cieszy się życiem.
Nawet mój tato, wychodząc nieraz od mieszkającego po drugiej stronie brata Michała, wchodził do sali i jak zagrali coś skocznego, podnosił rękę, wykrzykiwał hu! hu!, porywał jakąś dobrą tancerkę i z przytupami ruszał w wir.
Kawalerowie wrócili z wojny i z robót, szybko ruszyli w konkury, a panny po długim oczekiwaniu tylko dla pozorów się wzbraniały. Często dochodziło, więc do skojarzeń, a ksiądz w Fidychowie miał pełne ręce roboty. Co rusz wystrojony wąż bryczek i wozów, rwał po błogosławieństwo do parafialnego kościoła. W drodze powrotnej wozy pędziły, co koń wyskoczy. Każdy woźnica chciał się wykazać swoim kunsztem. Czasem weselnicy tylko cudem wychodzili cało z opresji.
Wesela były huczne, przy stołach na ogół skromnie zastawionych. Kapela jednak rżnęła od ucha, młodzi i starsi wywijali obertasy, z przytupami ruszali do polek, a z werwą do kręconych walczyków i posuwistych fokstrotów. Gdy napoje zaszumiały w głowach, od śpiewów szyby drżały w oknach.
Jeździliśmy też rowerami, a nawet bryczką, na zabawy do sąsiednich miejscowości. Kiedyś Piotr Czapla stwierdził: bryczka w szopie, koń w stajni, a w Dębogórze zabawa. Po kilkunastu minutach wesoły pojazd oddalał się od Czarnówka. Szwagier Piotra przymknął oko na tą samowolę, ale nie mógł pojąć jak nam się udało cało zajechać i wrócić, bo jedno koło ledwie się trzymało na osi i niemal na każdym wyboju spadało. Nam nie spadło ani razu.
Latem w świąteczne popołudnia, młodzież gromadziła się nad jeziorem. Chlupot wody mieszał się z gwarem, śmiechami i pokrzykiwaniami. A gdy Józek Krąpiec dosiadł jakiegoś koryta, przez wodę leciało: „Płynęli a noc się zbliżała, płynęli a wiatr żagle rwał....”
Pod wieczór wszystko przenosiło się do wioski. Ulicami krążyły grupki dziewcząt i chłopców, młodsi śmigali na rowerach, a z domów dolatywały żywe rozmowy, chichot dziewcząt i śpiewy.
Podobnie jak na wschodzie, tutaj też dość długo śpiew stanowił ważny składnik życia i obyczaju. Wyrażali nim ludzie swoje smutki i radości, tęsknoty i marzenia. Śpiewano w czasie świąt, wesel, zabaw i spotkań. W ciszy wieczornej nie raz daleko niosły się nastrojowe melodie pieśni kresowych: junackie chłopców i tęskne o miłości i rozstaniu dziewcząt.
Starsi jak dawniej, gromadzili się w dni świąteczne na pogawędki. Wspominali ojczyste strony, tamtych ludzi, wydarzenia i przeżycia z przed lat, omawiali dziwne koleje ludzkiego losu, no i różne aktualne nowinki. Spotkania i wymiana poglądów, wciąż stanowiły ważny składnik życia społeczności wiejskiej. Najczęściej podobnie jak na kresach, gromadzono się u Krąpca. Jego wspomnienia i gawędy, zawsze gromadziły słuchaczy. Sporo miejsca w tych pogawędkach, zajmowały wspomnienia wojenne uczestników I i II Wojny Światowej. A oto opowieści Krąpca.

Pomiędzy naszymi i ruskimi okopami leżało jezioro, z którego braliśmy wodę. Do brzegu dochodziło się rowem, ale ostatnie metry trzeba było pokonać skokiem na otwartym terenie, który był pod obstrzałem. Któregoś dnia wypadło na mnie. Gdy o świcie szybko zaczerpnąłem wodę i wskoczyłem z wiadrem do okopu, usłyszałem: „Austriaku nie bój się, dzisiaj nie strzelamy. U nas Zmartwychwstanie”. Zaproponowali handel – wymianę cukru na rum. Wymiana nastąpiła z łodzi na środku jeziora, na oczach całego wojska. Ten dzień wszyscy świętowali. My piliśmy słodką herbatę, a Rosjanie pod wpływem rumu, tęskne dumki ciągnęli do późnych godzin nocnych.
Przeważały jednak dni krwawe. Pewnego razu zwiad doniósł, że Rosjanie podśpiewują. Oho piją i ruszą do szturmu. Nawałę artyleryjską przeczekaliśmy w głębokich bunkrach. Na wierzchu zmieniano tylko zabitych wartowników. Gdy Moskal ruszył z głośnym urra do przodu, otworzyliśmy zmasowany ogień. Ręce bolały od rzucania granatów. Przed nami utworzył się wał zabitych, na który wchodziły następne szeregi. W karabinach maszynowych musieliśmy wymieniać przegrzane lufy, a oni szli. Szli aż wszyscy zalegli na naszym przedpolu.
Taką taktykę stosowali również w czasie II wojny. Niemcy na wielu odcinkach frontu odstępowali, bo nie dali rady wybić nacierających Rosjan.
Po jednej z bitew kawaleryjskich, na koniu, dziękowałem Bogu za ocalenie. Obok modlił się kolega. Inni zeszli już z pobojowiska. Patrzymy, a obok z zagajnika wyjeżdża czterech Kozaków. Na ucieczkę było za późno. Postanowiliśmy odskoczyć od siebie, by zaatakowali nas dwójkami. Tamci pochylili spisy i ruszyli parami jeden za drugim. Obronę przed tym mieliśmy dobrze przećwiczoną. Jednym zamachem szabli odbijało się spisę, drugim cięło przez głowę. Kozak był w tym czasie bezbronny, bo oburącz trzymał pikę. Ścięliśmy wszystkich.
Późnym wieczorem wracałem z Kamionki. Gdy za Biedrzyckim skręciłem na ścieżkę prowadzącą przez łąkę, złe chwyciło mnie za nogi. Z trudem posuwałem się do przodu, odmawiając zdrowaśki. Tak wlokło się przy nogach aż do drogi na Paświsku. Tam puściło.
Zrobiłem uwagę, że po ciemku mógł nie trafić na ścieżkę, szedł łąką, wysoka trawa oplątywała mu nogi i utrudniała chód. Zrugał mnie równo. On setki razy tamtędy chodził i dobrze znał ścieżkę.

Często gawędy Krąpca, urozmaicał swoimi wspomnieniami Józef Dec -Pawłów (1889-1953) z Bukowiny. Walczył on w bardzo trudnych górskich warunkach na Bałkanach i w innych rejonach włoskiego frontu. Tam krwawe boje toczyły się o każdą skałę, wzgórze i wąwóz. W wielu miejscach działa i amunicję, ręcznie wciągali na górę.
Przy wspomnieniach z rodzinnego sioła, zawsze powtarzał: „Jaśku tu nasza mogiła. My już tam nie wrócimy”. I to się sprawdziło. Obaj spoczywają na cmentarzu w Pacholętach.

Tę nową społeczność tworzyli powracający z robót w Rzeszy, ludzie przybyli z centralnej Polski i wygnańcy kresowi. Zaraz po osiedleniu utworzyły się dość zamknięte grupy regionalne. Z tarnopolskiego podhajecka, zborowska i przemyślaniecka, ze stanisławowskiego horodenecka i zlepek z reszty kraju. Ludzie wyrwani ze swoich środowisk, tworzyli w ten sposób poczucie większego bezpieczeństwa, ale bariery szybko zostały przełamane. Przodowała w tym młodzież – wiadomo serce nie sługa. Z czasem sąsiedztwa, różne kontakty i wspólne sprawy, zintegrowały też starych.
Dłużej utrzymywał się podział na Poznaniaków i Zabugowców. Poznaniacy, choć wywodzili się z biedniejszych kręgów niż my, próbowali wykazywać jakąś wyższość regionalną. Czasem nazywali nas nawet Ukraińcami, co natychmiast ręcznie korygowano. Miano Ukrainiec po tym, co przeszliśmy, bardzo bolało i znieważało. Później głupotę traktowaliśmy z pobłażaniem. Polskość i patriotyzm to szczytne ideały. Polacy na Kresach musieli wciąż o nie walczyć, a ponad 200 tysięcy oddało życie. My też z bólem serca, ale z podniesionym czołem, opuszczaliśmy skrwawioną ziemię ojców. Wypędzono nas z niej tylko dla tego, że byliśmy Polakami.
W sumie miało to drugorzędne znaczenie. Obcy sobie ludzie, szybko znaleźli wspólny język i w krótkim czasie powstała wspólnota. Wytworzył się nawet lokalny patriotyzm. To była już nasza wioska. Wprawdzie poniemiecka, ale nasza. Wioska wypełniona ludem zaradnym, pracowitym i bogobojnym. W niedziele i święta, droga do Czarnówka przypominała ruchliwą arterię miejską. Kto żyw i zdrów, ciągnął na mszę do tamtego kościółka. Nasz stopniowo zamienił się w ruinę. Początkowo można go było dość łatwo przywrócić do użytku, ale powszechne poczucie tymczasowości, nie wytworzyło takiej potrzeby.
Wioska w dni świąteczne pulsowała intensywnym życiem, w tygodniu zaś pracą. Po bruku turkotały wozy, na polach uwijali się ludzie i wolno kroczyły zaprzęgi konne. Koń stanowił wówczas jedyną siłę pociągową. Była to wówczas Polska konno-rowerowa. Obok wozu konnego, wszędzie dominował rower. Jeździli nim wszyscy: mężczyźni i kobiety, młodzi i starzy, a nawet dzieci na damkach i „pod ramę”, bo z siodeł nie sięgały do pedałów.
Młodzież podczas żniw jeździła do PGRu w Babinku na zarobki. Nie były to wielkie pieniądze, ale wówczas każdy grosz się liczył. Dziś za to, nikt nawet palcem by nie kiwnął. U Krąpców Józek i Mańka, najpierw na jej kostium i oficerki zarabiali, później zaś na jego ubranie. Długo po tym paradował w krótkiej granatowej bluzie, rajtkach, oficerkach, paradnym płaszczu i przechylonym „na bakier” kaszkiecie.
Ten powojenny wybuch radości i pracowitości, miał głębokie racjonalne uzasadnienie. Ludzie szybko chcieli zatrzeć w pamięci koszmar wojny, nadrobić stracony czas i uzupełnić braki z lat niedostatku.
W Wielki Piątek 1948 roku, na minie zginął Kaczmarczyk. W tym miejscu Niemcy wybudowali barykadę i zaminowali teren. Po wojnie barykadę usunięto i wojsko teren rozminowało. Nikt nie podejrzewał, że ziemia jeszcze coś kryje. Tą drogą przejechało setki wozów i samochodów. On trafił przednim kołem na poboczu na minę przeciwczołgową i zginął na miejscu. Jadącego z nim z tyłu Kuncajtysa, wyrzuciło na łąkę. Nie był nawet draśnięty, tylko trochę potłuczony i twarz miał posiekaną piaskiem. Wojna jeszcze raz pokazała swoje krwawe oblicze

Przybliżam drugie przesiedlenie tylko naszej grypy i to, co wówczas działo się w Pacholętach, bo w tym uczestniczyłem. Ale z opowiadań wiem, że inni mieli podobne początki.
Był to dla wszystkich okres trudny, ale i ciekawy. Trudny, bo wypędzono nas z ojcowizny, spiętrzyło się wiele trudności i braków, musieliśmy się oswajać z nową rzeczywistością i żyli tymczasowością - bez wiary w trwałość tego rozwiązania. Ciekawy z kolei, bo znaleźliśmy się nagle w bardziej rozwiniętym gospodarczo i uprzemysłowionym obszarze. Inne budownictwo, rozwiązanie i wyposażenie mieszkań, maszyny i sprzęt rolniczy, światło elektryczne, drogi pokryte brukiem i asfaltem oraz gęsta sieć kolejowa i łatwość przemieszczania się nawet na duże odległości, przykuwały naszą uwagę i prowokowały do trwałej akceptacji tego wszystkiego.



Adolf Głowacki:
NIEZWYKŁE CZASY, LUDZIE I ZDARZENIA...

 

 

następna
część



Komentarze
Brak komentarzy.
Dodaj komentarz
Zaloguj się, żeby móc dodawać komentarze.
Oceny
Dodawanie ocen dostępne tylko dla zalogowanych Użytkowników.

Proszę się zalogować lub zarejestrować, żeby móc dodawać oceny.

Brak ocen.
Copyright ©Grupa Przyjaciół Milna. Wykonanie: Remek Paduch & Kazimierz Dajczak 2008-2018