Strona Główna ˇ Forum ˇ Zdjęcia ˇ Teksty ˇ Szukaj na stronieSobota, Wrzesień 21, 2019
Nawigacja
Portal
  Strona Główna
  Forum
  Wszystkie teksty
  Mapa serwisu

Ilustracje
  Galeria zdjęć
  Album
  Stare mapy
  Stare pieczęcie

Teksty
  Historia
  Przodkowie
  Czasy Pawlikowskich
  Czasy przedwojenne
  II wojna światowa
  Po wojnie
  Zasłużeni Milnianie
  Adolf Głowacki:
Milno - Gontowa
  Ze starych gazet

Plany zagród
  Mapka okolic Milna
  Milno - Bukowina
  Milno - Kamionka
  Milnianie alfabetycznie
  Gontowa
  Gontowianie alfabetycznie

Literatura
  papierowa
  z internetu

Linki
  Strony o Kresach
  Przydatne miejsca
  Biblioteki cyfrowe

Konktakt
  Kontakt z autorami

Na stronie
Milno na Podolu
Najnowszy użytkownik:
sszalescy
serdecznie witamy.

Zarejestrowanych Użytkowników: 145
Nieaktywowany Użytkownik: 0

Użytkownicy Online:

sierp 1 dzień
Kazimierz 3 dni
maria 1 tydzień
AgnieszKal 1 tydzień
Adolf 1 tydzień
zenekt 2 tygodni
MarianSz 2 tygodni
maciejm 9 tygodni
Remek 9 tygodni
Aneta13 tygodni

Gości Online: 5

Twój numer IP to: 35.173.47.43

Artykuły 330
Foto Albumy 63
Zdjęcia w Albumach 1864
Wątki na Forum 40
Posty na Forum 111
Komentarzy 532
Logowanie
Nazwa Użytkownika

Hasło

Zapamiętaj mnie



Rejestracja
Zapomniane hasło?
Zagłosuj na nas

KRESY

cz.16. ROZPROSZENI PO ZACHODZIE I KRAJU
Adolf Głowacki:
"NIEZWYKŁE CZASY, LUDZIE I ZDARZENIA..." Szczecin 2013



16. ROZPROSZENI PO ZACHODZIE I KRAJU


Stopniowo dowiadywaliśmy się, gdzie są osiedleni inni ludzie z Milna. Okazało się, że krótko po nas, do Sulimierza i Dzierzgowa koło Muśliborza, przyjechała druga 27 rodzinna grupa z Tomaszowa Lub. Ponadto dwie rodziny Mazurów z Gontowy i Anielka Kaziurowa (Marcinków) z Olkiem Biedrzyckim z Bukowiny, osiedliły się w Różańsku. Trochę później do Śmierdnicy dojechał Franek Pawlów (Suchecki) z Bukowiny. Odosobnienie wybrał ze względu na zięcia, którego poszukiwało UB za przynależność do AK. Zięć i tak musiał swoje odsiedzieć. Walczył o niepodległą Polskę, a to było karalne.
Aniela Marcinków (1903-1970) była siostrą mojego dziadka Antoniego Letkiego. Męża straciła w 1939 roku. Zabili go Ukraińcy 12 kilometrów od domu. Miała wówczas 36 lat. Na gospodarstwie została z 14 letnim synem Bronkiem. Z pomocą przyszedł sąsiad, opuszczony przez żonę, Olek Biedrzycki. Człowiek dobry, pracowity i uczynny, ale ze słabością do trunków. Włączył się do robót za ciepłą strawę i dobre słowo. Z czasem wytworzył się nieformalny związek, z tym, że cały czas mieszkali osobno. Na Zachodzie osiedlili się w Różańsku w pobliżu Dębna. Sami. Chyba za sprawą Olka, który planował przyszłość z Anielą.
Około roku mieszkali tam kompletem Zawadzcy z Gontowy. Później przenieśli się w rejon Wąbrzeżna. Uważali, że tu jest zbyt blisko granica niemiecka, a to jest groźne w razie wojny. Kierowali się przykrymi doświadczeniami z minionego okresu.
Związku Anieli z Olkiem nie zaakceptował Bronek, ani jego żona. Tłumaczyli to jego skłonnościami. Po wielu zgrzytach, Olek przeniósł się do Barlinka. Po krótkim czasie dołączyła do niego Aniela. Żyli jednak pod ciągłą presją rodziny, która krzywiła się na ten mariaż, bez kościelnego ślubu. Nie mogli się pobrać, bo żona Olka żyła w Warszawie. To wszysto doprowadziło w końcu do rozpadu tego związku.
Lubiłem tego człowieka, a on mnie. Odwiedziłem ich w Barlinku. Bardzo się ucieszyli. Dowiedziałem się wówczas, że przez stryjka Michała, podał mi z wojska ładną zieloną koszulę. Taką nosił stryjek. Mnie dał brązową, poprzecieraną, Hitlerjungen. Drań skomentował Olek.
Aniela trochę mieszkała w Różańsku, później w Roszkowicach u rodziny i znowu tutaj. Nowotwór ostatecznie przeciął to trudne, pełne wstrząsów i rozterek duchowych życie. Olek osamotniony, zmarł w Barlinku.
Bronek (1925-1996) też przeżył wstrząs. Jego syn pracował w lesie. Któregoś dnia po zakończeniu robót i ostrej rozgrzewce, usnął przy ognisku. Kompani nie chcieli się z nim szarpać i zostawili go tam. Uważali, że jak się wyśpi to sam wróci. Dołożyli tylko trochę drzewa do ogniska, aby nie zmarzł. Gdy zaczęło się ściemniać, zaniepokojony Bronek poleciał na zrąb. Na miejscu zastał zwęglone szczątki syna. Już wcześniej miał kłopoty z żołądkiem i często chorował. To go ostatecznie dobiło. Krótko po tym zmarł.
W sumie w województwie szczecińskim osiedlono 47 rodzin z Milna i dwie z Gontowy. Największe skupisko naszych ludzi, powstało w powiecie międzyrzeckim. Liczyło ono 111 rodzin z Milna i 10 z Gontowy. Dużo osiedlono też koło Kluczborka.
Różne drogi prowadziły do ostatnich przystani na Zachodzie. Ci, którzy wyjechali wiosną, dotarli tam bezpośrednio, natomiast z wcześniejszych transportów, dwuetapowo – po krótkim pobycie koło Tomaszowa lub Przemyśla. Mała grupa nawet trzyetapowo: Milno, Tomaszów, Przemyśl, Zachód.
Najkorzystniejsze były wczesne osiedlenia, z racji dużego wyboru atrakcyjnych gospodarstw. Późniejsi osadnicy, musieli zadowolić się tym, co zostało. Czego nikt wcześniej nie chciał. Zasady przydziału gospodarstw były proste: kto co zajął, to mu władze przydzielały. Ostatni czuli się mocno pokrzywdzeni i uważali ten system za niesprawiedliwy.
Z tej racji sporo rodzin przeniosło się później do innych miejscowości, gdzie wyszukali sobie coś lepszego. Np. z Bojkowa w rejon Kłodzka, z Czarnówka do Pacholąt, z Brójec do Żar, z Pacholąt i Dzierzgowa do Korfantowa itp. Hania Majkut (Magulczak) do dziś żałuje pięknego domku, który zajęły z mamą w Sulimierzu. Tato po powrocie z wojny, zarządził przeprowadzkę do Dzierzgowa, bo przy tym brakowało budynków gospodarczych.
Franek z Kawałeczka z żoną Rozalią (Pawłowscy) z Bukowiny, nie chcieli wyjeżdżać z lubelskiego i sami zostali w Pasiekach. Bali się tułaczki i dalszego oddalania od rodzinnych stron. Wciąż żyli nadzieją powrotu. Ciągnęło ich jednak za swoimi i po 1970 roku przenieśli się do Gołkowic, a stąd do Jeżowa k. Nysy. W jednym i drugim miejscu, mieli jednak bardzo kiepskie warunki. Za namową Władka Marcjasza, w 1975 roku, zdecydowali się na kolejną przeprowadzkę, tym razem na Pomorze do Pacholąt. Tutaj nareszcie znaleźli zadawalające warunki i dożyli swoich dni. Rozalia zmarła w 1986 w wieku 86, Franek w 1988 w wieku 90 lat. Byli bezdzietni. Wiedzieli, że ich mogił nie obejmą opieką bliscy, ale liczyli na krajan i pocieszała ich myśl, że spoczną między swoimi. Oni do ostatniej przystani dobili dopiero po czteroetapowej wędrówce.

Jan Hawryszczak (Kudyndów) z Bukowiny, tak wspomina początki na zachodzie.
Nas przewieziono na stację w Zborowie w dniach 20-25 stycznia 1945 roku. Tam w nieludzkich warunkach, na mrozie, pod gołym niebem, koczowaliśmy dwa miesiące, nim podstawiono wagony. Byliśmy u kresu sił. Wielu chorowało, a Hanka Szyligowa z dwiema córkami i kilkanaście osób z innych wsi, zmarło z zimna i wycieńczenia. Skromne zapasy żywności szybko się wyczerpały. Panował głód. Dziadek sprzedał konia, aby kupić żywność i paszę dla krowy.
Podróż też trwała prawie miesiąc. Do Zbąszynka dotarliśmy 17 kwietnia. Na stacji stał transport z więźniami z obozu koncentracyjnego i wszędzie było dużo wojska. Jakieś 70 kilometrów dalej, przebiegała linia frontu. Zaraz po przyjeździe, w godzinach popołudniowych, przeżyliśmy nalot niemiecki. Ukryliśmy się pod betonowym wiaduktem.
Na drugi dzień, niemieckie furmanki, zaczęły nas rozwozić po wioskach. My z kilkoma rodzinami trafiliśmy do Brójec Lub. Wszędzie mieszkali jeszcze Niemcy. Polaków dokwaterowywano do nich. W domku na skraju lasu, gdzie nas ulokowano, nie czuliśmy się bezpieczni. Krótko po przyjeździe, o szarówce, usłyszeliśmy w lesie: „Sznel! Sznel!” To jakiś zabłąkany oddział niemiecki, przedzierał się na zachód. Poszliśmy zgłosić to w wojenkomacie. Komendant wysłuchał, wyciągnął z kąta pepeszę, dał ją dziadkowi, a mnie parę granatów i powiedział: „Jak jeszcze raz zobaczysz tą swołocz – strzelaj!”
Po tym, przenieśliśmy się do budynku w zwartej zabudowie i wywiesiliśmy naszą flagę. Jak raz przejeżdżał tędy na front oddział wojska polskiego, zauważyli flagę i kilku żołnierzy z oficerem weszło do środka. Jakież było ich i nasze zdumienie, bo tym oficerem okazał podporucznik Stach Dec (Kaziuryna) brat mamy. Powitaniom i radości nie było końca. Na drugi dzień z inną grupą, wstąpił Mikołaj Dec (Decy) z Kamionki i również był mocno zaskoczony. Po kilku dniach wujek jeszcze raz nas odwiedził. Wstąpił też do rodziców w Lutolu Suchym. Przyjechali jakimś zdobycznym niemieckim samochodem.
Cały czas docierało tu głuche dudnienie wybuchów, a wieczorem niebo czerwieniło się od rozbłysków. Front po przekroczeniu Odry (Siekierki 16-20 kwiecień), szybko przesuwał się pod Berlin. Po zakończeniu wojny, Niemców wysiedlono za Odrę.
My z mamą zajęliśmy domek, w którym mieszkam tak jak go oni opuścili – z pełnym wyposażeniem i umeblowaniem. Dziadek z ciotką Staszką, ulokował się po drugiej stronie ulicy.
Były tu dwa kościoły: mały katolicki i duży ewangelicki. Do katolickiego chodziliśmy na nabożeństwa. Msze odprawiał ksiądz niemiecki. W maju litanię czytał po polsku i po niemiecku. Wyjeżdżając nic nie zabrał. Wszystko zostawił Polakom. Teraz tylko duży jest czynny.
Hawryszczak jest jednym z najgorliwszych propagatorów upamiętniania ojczystej ziemi i Kresów Wschodnich Rzeczypospolitej. Niestety kalectwo (amputacja nogi) mocno ogranicza jego aktywną działalność.


Szczepko Pitrzyńców-Zaleski (1888-1967). Bukowina-Paświsko, Brójce.
W 1914 roku został wcielony do Austriackiej Armii, ale krótk wojował, bo dostał się do rosyjskiej niewoli. Trzy i pół roku przebywał w obozie jenieckim w Czelabińsku i Ufie. Traktowano ich i żywiono bardzo dobrze. Do domu wrócił po upadku caratu. Aktywnie uczestniczył w życiu wioski. Interesował się sprawami społecznymi, postępu rolniczego oraz wieściami z kraju i ze świata. Mocno związany był z kościołem. Pełnił funkcję Starszego Brata i prowadził księgowość sklepu kościelnego. W czasie okupacji odbywały się u niego zimowe wieczorki czytelnicze. Szczególnie dużo gromadziła Trylogia Sienkiewicza. Jego życiową pasją było pszczelarstwo. Miał jedną z największych pasiek we wsi. Niestety cały dorobek życia i kochane pszczółki, musiał zostawić. Nie rozstał się jednak z nimi całkowicie. Jedenego ula zabrał ze sobą i tutaj, wolno, ponownie rozmnożył pasiekę. W Pacholętach z Wojtkiem Pitrówskiego, wsławili się oryginalnym prezentem ślubnym. Na wesele u Krąpca, kupili beczkę piwa.
Z jego synem byliśmy ministrantami w Milnie. A oto wspomnienia Bronka z wyjazdu i początków na Zachodzie.
Na stację w Zborowie przewieziono nas z Załoziec, na początku lutego 1945 roku. Na rampie pod gołym niebem, o chłodzie i głodzie, koczowaliśmy do kwietnia. Nie przeżyła tego Anna Zając z córkami i moja babka. Pochowaliśmy je obok w sadzie. Dopiero, gdy się ociepliło, podstawiono nam wagony i transport skierowano bezpośrednio na zachód. Do Zbąszynka dotarliśmy 17 kwietnia. Zaraz po wyładowaniu, tato postawił ula na uboczu, otworzył oczko i wypuścił pszczoły na oblot. Stąd furmanką przewieziono nas do Lutola Suchego. Krowę prowadziliśmy na sznurku. Wszędzie mieszkali jeszcze Niemcy. Nas dokwaterowywano do nich. Ledwie jako tako urządziliśmy się, Michał Szeliga (Ficzko) zawiadomił ojca, że Rosjanie poszukują pszczelarza do pasieki w Brójcach. Tato zgłosił się i po trzech tygodniach przeprowadziliśmy się tam na stałe. Ulokowano nas w piętrowym budynku na parterze, (górę zajmowali Niemcy), a później przenieśliśmy się do tego, w którym mieszkam. Dość szybko zaprzyjaźniliśmy się mieszkającą tam Niemką. Mama częstowała ją pierogami, a ona nas swoimi potrawami. 24 czerwca zgromadzono Niemców na rynku, uformowano w kolumnę i skierowano za Odrę. Większość szła pieszo. Bagaż nieśli i wieźli na małych wózkach. Resztę zostawili. Zwierzęta też – bez żadnej opieki. Kosiliśmy trawę i dokarmiali je, bo poginęłyby z głodu. Sporo krów zabrali Rosjanie. Resztę później poprzydzielano ludziom. Po wyjeździe Niemki, zajęliśmy cały dom. Rosjanie wyjeżdżając z miasteczka, pasiekę rozprzedali. Tato też kupił parę uli i to razem z przywiezionym, zapoczątkowało pasiekę, którą prowadził do końca życia. Od początku do końca pełnił też funkcję kościelnego.
Gdy odwiedziłem Bronka w 2007 roku, powiedział: „Zobacz. W tym pokoju wszystko jak zastaliśmy, tylko tapczan, fotele, stolik i tapeta nowe”.
Ja krótko po osiedleniu – opowiadał – znalazłem rower, ale bez dętek i opon. Do kół przywiązywaliśmy węże gumowe, ale sznurki szybko się przecierały. Znalazłem też harmonię i to oraz organy w kościele, zapoczątkowały naszą przygodę muzyczną. Później kupiliśmy starą fisharmonię. Młodszy Janek i Staszek ukończyli szkołę muzyczną. Mnie też podszkolili i do dziś jestem miejscowym organistą. Starszy Edek mało grał. Jeździł po wioskach z kinem objazdowym, a jak objął posadę operatora w stałym kinie, ja przez pewien czas się tym zajmowałem.
Bronek z łezką w oku wspominał beztroskie lata oraz różne przygody na Paświsku i początki na Zachodzie. Nie należał do zbyt ułożonych. Wciąż podrywało go do niecodziennych czynów. Kiedyś doszedł do wniosku, że nowy kapelusz ojca jest mało ozdobny, więc powycinał w otoku ząbki. Nagrodę odebrał grubym sznurem. Innym razem wyciągnęli z szopy sanie i z kompanią urządzili sobie zjazdy z góry. Bez namierzania, dokładnie trafili dyszlem w rosnący tam jedyny gruby jesion. Mieli szczęście, że sanie się nie rozleciały i żaden z nich szybując w powietrzu nie zahaczył o drzewo. Od księdza też oberwał, za gonitwę i chowanego przed nauką religii w kościele. Dobrze, że Markiewicz nie nakrył go w konfesjonale, gdy spowiadał rówieśników, bo i ojciec by jeszcze dołożył. Wino mszalne też degustowaliśmy w zakrystii w czsie kazania, z jego inicjatywy.
Opowiadał również jak jego ojciec wyniósł na ganek tlący kominiuch szmaciany i spokojny, że tam zgaśnie na śniegu, wrócił do mieszkania, by kontynuować przerwane godzinki. Tato śpiewa, mama gotuje pierogi, aż tu nagle wpada sąsiad i krzyczy: „Ludzie wasz do się pali!” I spalił sił. Od szmat zapaliła się słomiana obudowa ganku, a od tego zagata i strzecha..


Potomkowie słynnego Krąpca ortopedy, kontynuowali jego dzieło do końca naszego pobytu w Milnie i tutaj jeszcze wiele złamań wyleczyli. W Bojkowie osiadł Stach z Tomkiem, a w Sulimierzu Franek z Władkiem.
W 1946 roku w Pacholętach, Szczepko Gierów–Letki, przewoził krąg betonowy. Na wyboju puściło zamocowanie, stoczył się z wozu i pogruchotał mu nogi. Zanim furmanką przywieziono Franka z Sulimierza, mocno już opuchły. Zrobił, więc gorący okład, a gdy obrzęk ustąpił, poskładał kości, obłożył nogi cienkimi łubkami, owinął taśmą z płótna i wydał zalecenia. Choć pesymiści twierdzili, że po tak skomplikowanych złamaniach kalectwo jest murowane, wszystko się ładnie pozrastało i Szczepko jeszcze długie lata chodził za pługiem. Zmarł w 1958 roku w wieku 65 lat. Zabił go nowotwór.

Naszą ludność nie tylko przesiedlono, ale i rozproszono. Dawna zwarta i zżyta społeczność przestała istnieć. Rozmieszczono ją w około 60 miejscowościach. I to długo doskwierało ludziom najbardziej. Dawne sąsiedztwa, przyjaźnie, sympatie i inne związki, zostały pozrywane. Ludzi poupychano małymi grupami w obce zbiorowiska, które miały inne zwyczaje, tradycje i zachowania. Różnił je nawet język. Nasi podtrzymywali swój sposób bycia i życia, tylko gwary kresowej szybko się wyzbywali. Po za tym, często się spotykali, gościli, bawili i śpiewali. Jeździli też po całym Zachodzie i kraju, by spotkać się na weselach, powspominać stare dzieje, pośmiać do syta, wypić zdrowie, zawirować w skocznej poleczce i zaśpiewać ulubione pieśni kresowe.
Ja też jeździłem w odwiedziny do swojaków i znajomych. Kilka razy byłem w Bojkowie u Bieniaszewskich (Kupki). Paweł (1895-1971) był jednym z weteranów, I i II Wojny Światowej. Razem z Anną (córka Starego Pawłusia) tworzyli bardzo przykładne i rozumiejące się małżeństwo. Panował tam zawsze spokój, ład i porządek. Paweł rosły i barczysty, zajmował się gospodarstwem. Anna szczupła i wątlejsza, krzątała się koło domu. Dwa razy urodziły im się dwojaczki. Z pierwszego porodu przeżył Karol, z drugiego Emilia i Genowefa. W czasie okupacji całą trójkę Niemcy zabrali na roboty. Karol wrócił, ale z ojcem poszedł na wojnę i zginął w wyprawie po języka na Wale Pomorskim. Anna sama musiała się zmagać z gospodarstwem, kryć przed banderowcami i przeżywać trudy bolesnego wygnania. Paweł z Gienią dołączyli do niej w Łosińcu i razem wyjechali do Bojkowa. Milka pojechała do Milna i dopiero później dojechała. Choć rzadko wspominali Karola, czuło się, że wciąż o nim myślą. Paweł miał dużo ciekawych przeżyć i ze swadą o nich opowiadał.
Wyobraź sobie – wspominał kiedyś – jadę w Gliwicach wozem na rynek, a jakiś gołowąs milicjant zatrzymuje mnie i powiada, że źle jadę, bo to ulica jednokierunkowa. Zatrzęsło mną. Synu ja tędy jeżdżę od 1945 roku, byłem na dwóch wojnach światowych i Ty mnie chcesz uczyć jeździć!? Idź, bo jak cię ćwochnę batem po uszach, to długo mnie będziesz wspominał.
No i jak się skończyło? – pytam. Zwyczajnie. Pojechałem dalej.
Pawła przedwcześnie zabił nowotwór. Anna Przeżyła 91 lat.
Piętro jeszcze za życia, odstąpili zamężnej córce Gieni, ale spadkobierczynią schedy, została Milka. Ponieważ była samotna, zapisała to córce Gieni, Alicji. Ta wszystko to utopiła w jakichś ciemnych interesach, narobiła jeszcze wiele innych długów i znikła. Jest poszukiwana przez policję. Siostry końcowe lata przeżyły na łasce nowego właściciela. Razem urodziły się w 1927 roku i zmarły w 2006. Milka chorowała na Alzheimera i pod koniec zabrał ją do siebie syn Gieni, Zbyszek.


Sytuację masowego osadnictwa i początkowego rozgardiaszu na Zachodzie, wykorzystali ludzie, którzy mieli nieczyste sumienia. Skryło się tutaj wielu ściganych lub zagrożonych aresztowaniem, za różne grzechy z okresu okupacji. Tych, którzy uczestniczyli w zbrodni ludobójstwa na narodzie polskim, lub za judaszowe srebrniki wysługiwali się okupantowi i wspomagali dzieło niszczenia swoich rodaków. Byli to faszyści, folksdojcze, nacjonaliści ukraińscy z UPA, oraz Polacy, którzy przeszli na żołd okupanta jako agenci, policjanci, nadzorcy w obozach (kapo) itp. Poważniejszych przestępców bezpieka wyłapała, natomiast wielu drobnych przetrwało. Pełnili nawet - i to bardzo gorliwie - różne funkcje w aparacie administracyjnym i partyjnym. Tego pokroju ludzie wiernie służą każdej władzy.
Skryło się tu również wielu akowców. Są to przeciwstawne postawy, ale jednakowo przez komunistów ścigane.
Rosjanie po wkroczeniu do Polski, przystąpili do masowych aresztowań i wywożenia żołnierzy AK na Sybir. Nam nie dali ochrony przed banderowcami, bo nie mieli ludzi, ale na akowców znaleźli aż w nadmiarze. W tej sytuacji wielu wyjechało na zachód w nadziei, że znajdą tam pracę, spokój i będą mogli włączyć się w nurt normalnego życia. Niestety i tu zostali uznani za wrogów Polski Ludowej. Byli piętnowani, prześladowani, zwalniani z pracy i skazywani na więzienie. Przykładem takiej doli, było ugrupowanie z rejonu Białej Podlaski, która osiadła w Międzyrzeczu i okolicy. Aby się ratować i wspierać, utworzyli tutaj organizację Związku Walki Zbrojnej AK „Maria”, ale szybko zostali rozproszeniu i pozamykani.
W 1946 roku, w tym rejonie, nasiliły się napady rabunkowe. Doszło nawet do egzekucji. Środki masowego przekazu obciążyły tym ściganą i prześladowaną organizację ZWZ AK „Maria”. Stanisław Cyraniak z Miedzyrzecza pisze, że był to odłam, który występował pod tą nazwą, ale przyświecały mu zupełnie inne cele. Głoszone przez niego populistyczne hasła sprawiedliwości społecznej i walki z władzą ludową, skusiły wielu młodych ludzi. Wplątał się w to również Władysław i Stanisław Zając. Dali się zwerbować, bo nie akceptowali systemu narzuconego przez Rosję.
W czerwcu 1946 roku, aresztowano 120 osób. Ztego wyselekcjonowano 36, reszta po kilku miesiącach została zwolniona. Byli to członkowie PSL i SD oraz ich sympatycy. Izolowano ich na krótko, aby nie wpływali 30 czerwca na Referendum Ludowe 3 x tak. Resztę po półrocznym śledztwie, postawiono przed sądem. Władka aresztowano 3 sierpnia i osadzono w Międzyrzeczu. 10 listopada przerzucono ich do Poznania. W śledztwie byli bici, poniżani, szantażowani i poddawani długotrwałym próbom wytrzymałości np. 3 dni na stojąco. Po czterodniowym procesie, 2 grudnia, 12 osób skazano na kary śmierci, dwie w tym Władka na dożywocie, 13 na kary więzienia i 9 uniewinniono. 22 lutego 1947 roku, na mocy amnestii, dożywocie zamieniono na 15 lat. 10 wyroków śmierci wykonano 19 lutego, tuż przed amnestią.
W maju 1947 roku, w drelichowych niemieckich mundurach, przepędzono ich ulicami Poznania na stację i przewieziono do Wronek. W dziewiątym roku więzienia napisał o ułaskawienie. Obniżono mu karę do 9 lat i po czterech miesiącach zwolniono. W tym czasie, gdy siedział, na jego ojca wciąż ktoś donosił i szukano okazji, aby go o coś oskarżyć. On po wyjściu też był pod ciągłą obserwacją i musiał uważać, aby nie stworzyć pretekstu. Ponieważ miał krechę w dokumentach, jego syn nie dostał się do marynarki.
Tym, którzy się ukrywali i ujawnili po ogłoszeniu amnestii, kary zostały darowane, ale odpowiednie adnotacje w dokumentach zostały i nie ułatwiały im później życia. Chyba, że podjęli współpracę z UB, bo to przy okazji proponowano. Był to okres masowego werbowania konfidentów, gdy w każdym środowisku roiło się od tajnych donosicieli. W tym czasie, nikt nie był pewny sąsiada ani nawet przyjaciela.
Mój kolega szkolny, w dniu wyborów 19.01.1947 roku, roznosił kartki do głosowania na PSL. Odsiedział za to rok czasu. Do szkoły już nie wrócił. Współpracy też odmówił. Ale jak się dowiedzieli, że podjął pracę w Leśnictwie, natychmiast kazali go zwolnić. Z konieczności zajął się rolnictwem i na gospodarstwie przetrwał do emerytury.
Mietek Dec też z jakichś przyczyn ukrywał się w Pacholętach i do Rogozińca wrócił dopiero po ogłoszeniu amnestii. W książce „Wspomnienia dziadka cz.II” pisze, że był przez UB aresztowany i maltretowany, choć wszędzie wzorowo wywiązywał się ze swoich obowiązków, a nawet prowadził referat wojskowy objęty klauzulą tajności. Później w PZGS w Międzyrzeczu, pracował na kierowniczym stanowisku.
Nie znam spraw związanych z działalnością organizacji „Maria”. Zainteresowanych odsyłam do artykułów S. Cyraniaka: Bolesna prawda o PZW AK „Maria”, zamieszczonych w Kurierze Międzyrzeckim z 1998 roku oraz do książki T.Jasińskiego „Miłość na spalonym”. A także do świadków i ostatnich żyjących jeszcze uczestników tych wydarzeń.
W Widuchowej koło Pacholąt, rozpoznany został banderowiec, który pracował w stolarni gminnej. Na podstawie zgłoszenia i zeznań świadka został aresztowany, osadzony, postawiony przed sądem i skazany. Nie znam jego dalszych losów.
Na stronie 48, przytaczam przykład aresztowania i skazania w Nowej Rudzie, jednego z ważniejszych dowódców UPA, Włodzimierza Czerniawskiego. Takich przypadków na pewno było więcej, ale wielu udało się też ukryć i uniknąć kary.
Na Ziemiach Odzyskanych, powstała polska wieża Babel. Mieszanina ludzi, gwar, kultur, obyczajów i tradycji, skazanych na proces asymilacji i polaryzacji. Proces, który w przyszłości miał wytworzyć nową, w miarę spójną całość. To zróżnicowane społeczeństwo, miało wydać nowe i jednolite, choć jeszcze z drobnymi naleciałościami, młode pokolenie.
Nie ulega wątpliwości, że Ziemie Odzyskane, chociaż stały się azylem dla zbiegów, uratowały przede wszystkim przed biedą, wielu zarówno z Kresów jak i z centralnej Polski.
Oczywiście sam fakt, że były tu lepsze warunki materialne, nie oznaczał gorszego samopoczucia naszych ziomków na Kresach. Większość miała je równie dobre jak tutaj, bo według miejscowej skali żyła średnio, natomiast zamożniejsi nawet bardzo dobre, gdyż przodowali. Np. Czwórak, Bogacz, Wójtuła i Kogut z Bukowiny, czy Zakrzewska, Zalescy, Kaziuryna-Dec i inni z Kamionki. Stracili je dopiero tutaj, wraz z pozycją w środowisku. Z Kresów musieli wyjechać zarówno biedni jak i bogaci. Bez wątpienia poprawiło się samopoczucie biednym. Z centralnej Polski przyjechali wyłącznie biedni, lub tacy, którzy chcieli poprawić byt.
W sumie warunki życiowe były tu znacznie lepsze, a początki z dużą swobodą gospodarczą, obiecujące. Wydawało się, że Polska przynajmniej gospodarczo, będzie mało zależna od Rosji. Powrót Stanisława Mikołajczyka zdawał się potwierdzać te nadzieje. Objął on w Tymczasowym Rządzie Jedności Narodowej, resort rolnictwa i został wicepremierem. Razem z nim w październiku 1946 roku, przyjechał Paweł Zaleski z Kamionki. Został doradcą w sprawach zagranicznych i specjalnym asystentem Mikołajczyka. Ponieważ na 19.01.1947 planowano wybory, robił różne plany z tym związane. Mikołajczyk jako polityk niezależny od Moskwy, cieszył się dużą popularnością i poparciem społecznym. W Szczecinie młodzież akademicka niosła go na ramionach, a na Bieruta i pozostałych, nikt nawet nie zwracał uwagi. Stalin zdawał sobie sprawę, że Mikołajczyk wygra z dużą przewagą i polecił sfałszować wybory. Mikołakjczyk choiaż wygrał, oficjalnie przegrał z kretesem. Nadzieje na uniezależnienie od Rosji, spełzły na niczym. Opracowane plany poszły do kosza. Słabo znali mechanizmy stalinowskiej władzy. Zaleski od marca do listopada 1947 roku, był też doradcą gospodarczego planowania, związanego z eksportem i importem.
W listopadzie na spotkaniu ze społeczeństwem Śląska powiadomiono Mikołajczyka, że ma być z Pawłem aresztowany. Wyrok jest już podpisany. Natychmiast zorganizowano im ucieczkę. Mikołajczyk skierował się na północ, natomiast Paweł uciekał kanałem południowym. Ze strefy zagrożonej, wywieziono go furmanką, w słomie. Uczestniczył w tym jego brat Jan z Bojkowa. Następnie przez Głuchołazy i Czechy przedostał się na Zachód. I to był jego ostatni pobyt w Polsce. Mikołajczyka wywieziono statkiem ze Szczecina.
Paweł po trudnych i krętych drogach dotarł do Anglii, a stąd w listopadzie 1947 roku wyjechał do Waszyngtonu, gdzie osiadł na stałe. Tam nadal pracował jako sekretarz Mikołajczyka. Obaj zajmowali się sprawami gospodarczymi Wschodniej Europy. Na Uniwersytecie Waszyngtońskim ukończył prawo. Mając dyplom amerykański, od grudnia 1960 roku pracował jako asystent w sprawach zagranicznych odszkodowań, a od grudnia 1961, jako adwokat w Ministerstwie Handlu zagranicznego. Pracę ułatwiała mu znajomość kilku języków. Prowadził też prywatną kancelarię prawną.
Podróżował po całej Europie, Środkowym Wschodzie i Japonii. Zmarł 24 listopada 2010 roku w wieku 95 lat. Spoczywa w Waszyngtonie.
Mowę pożegnalną „Hołd dla Pawła Zaleskiego” wygłoszoną 21 grudnia w Izbie Reprezentantów, napisł znany historyk Allen Paul, autor książki „Katyń: Stalinowska Zbrodnia i Tryumf Prawdy”, wieloletni jego przyjaciel. A oto streszczenie tego pożegnania.
Paweł prowadził najbardziej interesujące życie, z wszystkich, których znam. Był cichym, skromnym, uczynnym i pełnym godności człowiekiem. Los ciężko go doświadczył. W warunkach zagrożenia i terroru, pod gradem kul udało mu się zbiec z kraju, by na Zachodzie kontynuować walkę o Polskę. Pobudzał sumienia i zabiegał, by ukochanej ziemi, oddanej po wojnie Stalinowi, przywrócić niepodległość.
Był wieloletnim sekretarzem Stanisława Mikołajczyka, premiera rządu na uchodźstwie. W 1945 roku wrócili do Polski i przystąpili do kontrolowanego przez komunistów rządu. Liczyli na wolne wybory obiecane w Jałcie i chcieli przeszkodzić deportacji 400000 partyzantów, którzy w lasach oczekiwali na walkę. Wybory niestety zostały zfałszowane. Udało im się jedynie złagodzić krwawą łaźnię partyzantów. Po dwóch zamachach na Pawła, obaj uciekli na Zachód, gdzie kontynuowali kampanię na rzecz Polski. Książka S.Mikołajczyka we współpracy z Pawłem, przyczyniła się do zbadania w latach 1951-1952 przez Kongres, masakry katyńskiej. Zawarte w niej dowody potwierdziły, że to Rosjanie, wiosną 1940 roku, zamordowali tam tysiące oficerów polskich.
Paweł oddelegowany na bliski wschód, wyciągał ludzi z łagrów, współpracował w formowaniu Armii Polskiej i wyprowadzaniu wojska oraz tysięcy cywilów do Iranu.
W Pawle zobaczyłem to wszystko, co cechowało tych zbiegłych, niezwykłych Polaków, gdy Stalin połknął ich kraj. Mimo niespełnionych marzen i utraty wszystkiego, co mieli, znaleźli w sobie siłę, aby odbudować zrujnowane życie i z ogromnym zaangażowaniem walczyć o polską wolność i niepodległość. Parę dni przed śmiercią powiedział: „Mam wielką satysfakcję, że ideały mojego pokolenia przetrwały ciemne lata komunizmu i dziś są wcielane przez młode pokolenie, aby przywrócić Polsce należną jej pozycję w Europie”.
„Zwycięstwo w Porażce”, to dziwne dla Amerykanów hasło, przyświecało zawsze Polakom. Oznaczało ono, że nigdy się nie ugną i będą w nim trwać aż do zwycięstwa. Gdy myślę o Pawle, wielkie zadowolenie sprawia mi to, że dożył wolności i doczekał się odrodzonej, tętniącej życiem Polski. Był czymś wyjątkowym i niezwykłym, prawdziwym bohaterem tych czasów, a jednocześnie unikającym rozgłosu i na pewno zbeształby mnie za te pochwały.
Prochy Stanisława Mikołajczyka zmarłego w 1966 roku, sprowadzone do Polski, złożono w rodzinnym grobowcu w Poznaniu.

Jan Zaleski–ludowiec, w kwietniu 1944 roku został zabrany na wojnę. Walczył pod Warszawą, uczestniczył w krwawych bojach na Wale Pomorskim, zdobywał Kołobrzeg, forsował czerwoną od krwi Odrę w rejonie Siekierek i gromił okupanta pod Berlinem. Wojnę zakończył w stopniu plutonowego. Do rodziny dołączył po wojnie w Bojkowie. Tam ponownie podjął działalność w PSLu, za co był szykanowany i zamykany. Później działał w ZSLu. Spoczywa w Bojkowie.
Żegnający go przyjaciel ludowiec, powiedział między innymi.
Odprowadzamy dziś do wieczności sławnego syna naszej ojczyzny. Bojownika o wolność narodową i społeczną, o pokój i przyjaźń narodów. Urodził się w roku powstania Stronnictwa Ludowego. Organizacji politycznej skierowanej przeciwko pozostałościom epoki feudalnej na wsi oraz walczącej o niepodległość Polski.
Ruch ludowy już od chłopięcych lat, stał się treścią jego życia. Należał do nurtu, który budził wieś do nowego życia. Od 1930 do 1939 roku, był wiceprezesem Powiatowego Zarządu Stronnictwa Ludowego, a podczas okupacji pod pseudonimem „Marciniak”, zastępcą komendanta Batalionów Chłopskich obwodu zborowskiego. Tym zasadom -wbrew przeciwnościom- był wierny do końca życia, stając się duchowym natchnieniem dla szerokich mas ludowych. Walczył o sprawiedliwość społeczną, równe prawa i godność ludzką. Był wrażliwy na krzywdę, niesprawiedliwość i nieszczęście ludzkie. Cechowała go prawość, odwaga i nieustępliwość w walce o te ideały. Całe swoje życie oddał ludowi polskiemu. W zmarłym tracimy bohatera Ziemi Podolskiej i Górnośląskiej. Ty odchodzisz, ale my dalej będziemy podążali tą drogą. Cześć Twojej pamięci.


Mimo początkowej mizeroty, bardzo uroczyście obchodzono wszystkie święta, a zwłaszcza Boże Narodzenie i Wielkanoc. Poprzedzała je atmosfera oczekiwania na wielkie wydarzenie i okres intensywnych przygotowań, jak generalne porządki, przygotowywania wypieków, wyrobów mięsnych i wiele innych czynności.
Boże narodzenie obchodziliśmy tradycyjnie i do 1953 roku jak tam, przy lampie naftowej. Choć bez opłatka, bardzo radosne były pierwsze święta - bez przygnębiającego piętna wojny i zagrożenia banderowskiego. Po ostatnich kresowych świętach spędzonych w atmosferze mordu i pożogi, dominowała radość i odprężenie. Po latach okupacji i zniewolenia, znowu mogliśmy zaśpiewać: „Podnieś rękę Boże Dziecię, błogosław ojczyznę miłą ...”
W naszym domu mieszkały trzy rodziny: my, Zawadzcy i Krąpcowie. Przy obszernym skromnie zastawionym stole, zasiadło 13 osób. Pod obrusem leżało siano, na podłodze trochę słomy, a wnętrza oświetlały przywiezione lampy naftowe. Przeżywaliśmy je wyjątkowo, bo z nami po sześciu latach znowu zasiadł tato, z Zawadzkimi zwolniony z wojska Mikołaj, a z Krąpcami córka Anna, która wróciła z robót w Rzeszy. Cieniem na tym kładł się jedynie brak tragicznie zmarłej w Bełżcu, Stefki Zawadzkiej. Nie mogliśmy też pójść na pasterkę, bo nasz kościół nie nadawał się do użytku, natomiast w Czarnówku był jeszcze nie czynny. Mimo to, dom do późna rozbrzmiewał radosnymi kolędami
Podtrzymywano też tutaj, kresowy zwyczaj wzajemnego odwiedzania i goszczenia. Zawsze, więc było gwarnie i wesoło.Do nas przychodził stryjek Michał z rodziną. Goszczenie rozpoczynali pod drzwiami przyśpiewką:

Mości gospodarzu domowy szafarzu
Nie bądź tak ospały każ nam dać gorzały
Ino daj alembika i nie żałuj piernika
Hej kolęda kolęda, hej kolęda kolęda


W następnych latach, na każde nabożeństwo, wszyscy tłumnie szli do kościoła w Czarnówku. Na pasterkę nawet nie mieścili się wszyscy w środku, bo nastrój świąteczny przyciągał również tych, którzy rzadko odwiedzali ten przybytek. Od pięknych kolęd, kościółek drżał w posadach. Chórek prowadziła moja mama. Na święta, drugie głosy, wzmacniał też tato, bo niektóre kolędy jak „Tusząc pasterze, że noc blisko...”, wymagały silnej grupy męskiej.
Któregoś roku po Pasterce, Józek Krąpiec zaprosił księdza na herbatę. Wstąpił też
Józek Zawadzki i Stach Letki. Rozeszliśmy się rano, a ja w zakresie trunków, byłem po świętach – wspominał.
W początkowym okresie, Wielkanoc rozpoczynała uroczysta rezurekcja w Widuchowej. Już o świcie ciągnęli tam ludzie pieszo, rowerami i furmankami.
Po powrocie dzielono się jajkiem i zasiadano do śniadania ze smażoną święconką (szynka, kiełbasa, jajka, twaróg, wiórki chrzanu). Podstawowym daniem obiadowym był barszcz z tymi samymi składnikami.
Przez pewien czas, utrzymywał się zwyczaj strzelania na Wielkanoc. W któreś święta wyszliśmy grupą za wioskę i widzimy, że na przełaj przez pola, biegnie zziajany Władek Marcjasz. Gdy dobiegł do nas wykrztusił tylko: „Jak dziecko”. O co chodzi? – pytamy. „Jak dziecko” – powtórzył. Dopiero po kilku głębszych oddechach wyjaśnił, że z Mietkiem Łoikiem rozpalili w lesie ognisko i na wierzch położyli pocisk wielkości dziecka. Na szczęście zsunął się z ogniska i nie wybuchł. Strach pomyśleć, co by się stało, gdyby tam ktoś podszedł z ciekawości i doszło do eksplozji. Znacznie dłużej przetrwał obficie lany poniedziałek, z tym, że oblewano się tylko przed przebraniem w świąteczne stroje. Idących do kościoła nie oblewano. W zwyczajowej akcji, brała udział młodzież i młodsi żonaci mężczyźni.

Mały Michał (Strużyński) – opowiadał Józek Krąpiec – wziął sobie za punkt honoru, że nie zostawi na mnie suchej nitki. Zaczaił się za naszym domem i czekał aż wyjdę. Ja tymczasem wlazłem na strych i przez okno wylałem mu na głowę dokładnie pełne wiadro wody. Zaskoczenie było zupełne. Mały nawet skarpet nie miał suchych.
Na okres postu – wspominał dalej – przerywałem palenie. Ale jak szedłem na rezurekcję, miałem już dwie paczki w kieszeni. Po podzieleniu się jajkiem i zjedzeniu śniadania, otwierałem lepszy gatunek i po chwili tonąłem w obłokach dymu.
Jak kryłem się jeszcze z paleniem, któregoś dnia zapaliłem w pokoju. Jak raz kiedy się zaciągnąłem, słyszę kroki w korytarzu. Ledwie trochę porozpędzałem dym ręka, wchodzi tato. Papierosa zdążyłem wrzucić za piec, ale szluga trzymam. Kurzysz? Nie! – odpowiadam, a kłąb dymu wylatuje mi z ust na chatę.


W 1946 roku, rozpoczęły się pierwsze regulacje prawne. Osadnik wypełniał formularz spisowy przejętego mienia, a Państwowy Urząd Repatriacyjny, protokolarnie przekazywał mu gospodarstwo w posiadanie. Na początku 1947, każdy musiał złożyć wniosek o przyznanie prawa własności na przyznaną posiadłość, lub ją opuścić. Wywołało to ponowne niewielkie przemieszczenia ludności. Część czasowo osiadłych rodzin, opuściła Pacholęta. Na ich miejsce wprowadziły się nasze rodziny z Czarnówka. Wyjechały też trzy rodziny z Czarnówka i dwie z Pacholąt, z naszej grupy. Na podstawie wniosku, Starostwo Powiatowe w Gryfinie wydało akty nadania, z ograniczeniem wielkości gospodarstw do 10 ha. Przesiedleńcy otrzymali gospodarstwa w ramach rekompensaty za pozostawione na Kresach, osadnicy wojskowi za walkę z Niemcami, natomiast pozostali spłacali je zbożem w 20 równych ratach rocznych.
Pitrzyniec-Andrzej Zaleski (1871-1953) wprowadził się do małego domku z budyneczkiem gospodarczym i od razu założył małą pasiekę. Wiek nie pozwalał mu już na większą. Bez brzęku pszczół, zapachu wosku i miodu, nie potrafił już żyć niemal jak bez powietrza. Zapoczątkował tym pacholęckie pszczelarstwo. Później chętnie udzielał rad i wskazówek, początkującym pszczelarzom – dzielił się swoim bogatym doświadczeniem. Cechowała go pogoda ducha, uczciwość i głęboka religijność. Kiedyś poprosił Botiuka (Letki) by zawiózł mu miód do Gryfina. Stryju Wasz wiek i siwy włos, uprawnia was by mi rozkazywać, a nie prosić – odpowiedział. To dowód, jakim szacunkiem darzono wówczas prawych starszych ludzi.
Botiuk-Józef Letki (1908-1993) z Bukowiny, wyróżniał się w Pacholętach szerszym poglądem i zainteresowaniami. Żył polityką i problematyką społeczną. Na sprawy ludzkie patrzył przez pryzmat socjalizmu. Wyznawał tezę, że obcy kapitał przyniesie Polsce zagładę. Był aktywnym członkiem PSLu i po zjednoczeniu ZSLu. Od kościoła stronił, ale go nie zwalczał. Przed wojną miał radyjko słuchawkowe z bardzo długą anteną, rozwieszoną na tyczkach zamocowanych na drzewach. Spędzał przy nim wiele wolnego czasu. Usłyszanymi wiadomościami, dzielił się następnie z innymi zainteresowanymi. Tutaj cały czas miał radio lampowe i prenumerował Zielony Sztandar.
Miał trochę dziwne zachowania. Tam i tutaj, bliższe kontakty utrzymywał z obcymi niż ze swoimi. Jeździł np. na pogawędki do znajomego w odległym Pniewie. Na miejscu bywał u Sawickiego z poza naszej grupy, a do niego przychodził jedynie poznaniak Garstecki. Nie uznawał też żadnych rodzinnych spotkań świątecznych. Pod koniec żył pszczołami. Gdy przeniósł się do Dębna, pszczoły ulokował u ojca. Ponieważ podjął tam dodatkową pracę zarobkową, tato się nimi opiekował. „Piotrze, po co to nam? My już starzy” – podkreślał przy każdym przyjeździe, ale co rusz przywoził nowego ula. Po śmierci ojca, latem, cały czas spędzał przy pszczołach. „Luba to rzecz „ – mawiał. Był abstynentem i nie palił papierosów. Z rodziną spoczywa w Dębnie Lubuskim.



Adolf Głowacki:
NIEZWYKŁE CZASY, LUDZIE I ZDARZENIA...

 

 

następna
część



Komentarze
Brak komentarzy.
Dodaj komentarz
Zaloguj się, żeby móc dodawać komentarze.
Oceny
Dodawanie ocen dostępne tylko dla zalogowanych Użytkowników.

Proszę się zalogować lub zarejestrować, żeby móc dodawać oceny.

Brak ocen.
Copyright ©Grupa Przyjaciół Milna. Wykonanie: Remek Paduch & Kazimierz Dajczak 2008-2018